Persona 3 (Reload) to JEST ta lepsza Persona

Jak widać długo nie trwało, żebym po mojej stugodzinnej agonii przy P5R wskoczyła w kolejny maraton i głębiej w króliczą norę zwaną Personą. Playstation w ramach rare W wrzuciło trójkę na przecenę, więc well, kim ja jestem, aby sprzeciwiać się wyrokom losu. Long story short, Persona 3 Reload to JEST ta lepsza odsłona serii, choć niewyzbyta bolączek. Są one jednak albo strawniejsze, albo strawniejszego sortu DLA MNIE, więc tutaj z czystym sercem mogę powiedzieć, iż przez tych około dziewięćdziesiąt godzin bawiłam się naprawdę dobrze. Do tego stopnia, iż planuję przejść ten tytuł jeszcze raz na NG+, żeby powbijać wszystkie linki i platynę, oraz kiedyś po raz trzeci, ale już w wersji Portable i jako FeMC. Muszę wiedzieć, czy Akihiko jako opcja romansowa dostaje do charakteru coś więcej niż same treningi i proszki proteinowe; to są pytania, które trapią ludzkość! Zanim przejdę jednak do pochylania się nad poszczególnymi zagadnieniami, to może zawczasu zdradzę, czy teraz kocham Personę i w jakim tonie będzie utrzymany ten tekst. Mianowicie nie kocham i dalej ta seria stoi dla mnie raczej w kategorii „gry, w którą można zagrać”, aczkolwiek jak piątka to moim zdaniem gra, w którą można zagrać i która ma spoko mechaniki, które na dno ciągnie milion większych i mniejszych pierdół nie pozwalających się nimi cieszyć, tak trójka to gra, w którą można zagrać i która ma spoko mechaniki, i twórcy dla odmiany nie próbowali ich niczym „ulepszać”, zostawiając je oraz gracza w spokoju. Jak wspomniałam wcześniej, będę Personę 3 Reload też krytykować, ale to jest całkowicie inny poziom oceny niż Royal, w którym wszystko irytowało i wręcz fizycznie bolało; w trójce z kolei wychodzę w dużej mierze z punktu widzenia „a mogło być tak pięknie” i ostatecznie nic mnie nie zmierziło na tyle, żeby stawiać ją w tym samym rzędzie co Danganronpę i Life is Strange. Ostrzegam, że będą masakryczne SPOILERY DO CAŁOŚCI, zwłaszcza zakończenia, nad którym zamierzam spuszczać się przez cały (krótki) akapit. 


Zacznijmy od rzeczy, które nikogo nie interesują, czyli technikaliów. Rany, jaka Persona 3 jest odświeżająca po zakręconych jak baranie rogi Pałacach Persony 5. Tartarus to proto-Mementosy i chyba już wspominałam, że mi grind czasami nie przeszkadza tak długo, jak jest zrobiony w sposób, w który mogę wyłączyć mózg i włączyć sobie let’s playa na YT (a że to przeważnie gra, którą przeszłam sama milion razy, to nie muszę na nią patrzeć). Jednak to podejście aplikowałam dopiero na końcu, gdy farmiłam matsy pod najlepsze bronie dla mojego core’owego party (nie, nie mam Lucifer Blade, masakryczny drop rate rubinów mnie pokonał, to musi poczekać do NG+), ponieważ przez większość gry główny dungeon oferuje wystarczający poziom stymulacji, aby nie usnąć przy nim z nudów. Piętra są przeważnie krótkie i w jedną noc da się uwinąć z całą sekcją bez większego uszczerbku dla zdrowia psychicznego; niezwykle też na plus całej serii wychodzi to, że mamy prawie absolutną kontrolę na tym, ile chcemy walczyć z szeregowcami, co w Personie 3 procentuje podwójnie za sprawą przejrzystego wystroju Tartarusa. Przechodzi się tę część łatwo i przyjemnie, a trudność upakowano tam, gdzie rzeczywiście powinna być, czyli w starciach z mini-bossami, gdy jeszcze odkrywamy ich słabości i rozgryzamy ten twardy orzech strategii. Z tegoż względu też chętniej podeszłam do obeznawania się z mechanikami i tutaj pewnie muszę przeprosić się z Personą 5, gdyż zakładam, że tam działają podobnie. Przepraszam się jednak jedynie połowicznie, bo cytując klasyka „if I don’t blame someone, it’s my fault” i istotnie fuck that, we can’t have that in this house. Choć wciąż zamierzam utrzymywać, że gdyby Persona5 nie pilnowała, żebym źle nie odetchnęła z zawzięciem turbo paranoicznej matki, to np. takie dodanie dwóch nowych żywiołów („żywiołów”) odebrałabym jako spoko urozmaicenie rozgrywki, a nie zawracanie gitary. System z trzema fizycznymi atakami przypadł mi na tyle do gustu, że częściej eksperymentowałam ze statusami, aczkolwiek dalej uważam, iż tworzenie całej postaci podpisanej pod nie i sprawianie, że bossowie są odporni na wszystko, to failure of game design i wymuszanie Jedynego Słusznego Party. Final Fantasy ma na tyle przyzwoitości, że pozwala rzucać na nich przynajmniej Slow. Mimo to joke’s on you, Persono 3, trzymałam Mitsuru z sympatii w zespole do samego końca i nawet wymaksowałam jej Magic. Iiiiii chuja mi to dało w tej grze, gdzie w finale liczy się wyłącznie Almighty i żadna z twoich technik (poza pakowaniem wszystkiego w Crit Rate podobno). Mimo mojego czepialstwa bawiłam się dobrze, bo pośrednio jestem w stanie zgodzić się z osobami twierdzącymi, że ta gra jest zbyt łatwa. Dla mnie trudna była idealnie na normalu, a biorąc pod uwagę, że Persona jako seria czerpie z tych gatunków, które normalnie są mega wyśrubowane w kwestii wymagań, to zakładam, iż w domyśle masz się jednak przy niej choć trochę napocić… Oczywiście, jeżeli sama nie żąda od ciebie rzeczy niemożliwych i za punkt honoru nie poczytuje sobie wkurwiać cię na każdym kroku najgłupszymi rozwiązaniami w grach ever. 


Z innych rzeczy technicznych, nim przejdziemy na pełnej do postaci oraz fabuły: virtual tourism w Personie 3 musi uchylić czoła piątce, ALE jako osoba, która wychowywała się w latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, ta gra robi mi w nostalgię. Osobiście szybko tracę zainteresowanie historiami, które opierają się na social mediach lub „nowoczesnym” internecie – poza tym, że ten aspekt jest mało obecny w moim życiu, to odnoszę wrażenie, że niewielu scenarzystów potrafi zręcznie wydostać się z pułapki stworzenia kompetentnej fabuły, w której bohaterowie mają dostęp do nieograniczonej wiedzy, ale nie mogą rozwiązać zagadki za szybko, więc trzeba zrobić z nich bandę debili lub korzystać z Messengera jedynie po to, żeby powtórzyć po raz pięćdziesiąty to, co wydarzyło się pół minuty temu (never forget, Persono 5). Dlatego cudownie odświeżająca była Persona 3 ze swoim settingiem w 2009 roku, gdzie taki odtwarzacz MP3 to serio może być niespotykany i czaderski rekwizyt twojego protagonisty, główną funkcją telefonu jest odbieranie SMS-ów z cyklu „kup pan cegłę” i na pełnej kwitnie handel „nielegalnymi” linkami internetowymi (lol). Tutaj też bardziej odpowiada mi muzyka, i nie, nie na zasadzie, że ta w P5R jest do bani (bo nie jest, jest super), ale dlatego, że jak P5R próbuje być fajne na siłę, tak P3R… też w sumie próbuje, ale w sposób bliższy memu sercu. DJ Protag McProtag (jak nazwałam protagonistę i tak, jak widać niesamowicie wczuwam się w moje animu weebowskie „wyrwij wszystkie lachony” jRPG-i; w Personie 5 MC nazywał się ☆Protag☆ McProtag, z tych McProtagów) roztacza atmosferę tego Fajnego™ kolegi w liceum, który słuchał Linkin Park i Limp Bizkit, gdy ty tkwiłaś mentalnie w najpopowszym popowym popie grającym w radiu, no i trafia to do mnie, co mam wam powiedzieć. OST Persony 3 w połączeniu z otoczką niesie ze sobą ten klimat początków znajdowania swojej indywidualności, co jest równie krindżowe, co fajne, bo odkrywanie się za dzieciaka to droga przez mękę, ale z pespektywy czasu przynajmniej ja wspominam ją z uśmiechem. Wypróbowywanie tego, co jest cool, co jest nasze, co nam pasuje, a co wciskają nam koledzy i decydowanie, czy tego chcemy, czy nie (i czego czasami się nie da/jest trudne, bo peer pressure)… Da się to wszystko znaleźć w szczelinach pomiędzy większymi częściami Persony 3 i choć moim zdaniem na koniec dnia Joker jest lepszym bohaterem w takim sensie, iż w finale rzeczywiście staje się nienachalnie fajowskim i przyzwoitym kawałem młodego mężczyzny, tak bardziej przeźroczystego DJ Protaga łatwiej było wypełnić moimi doświadczeniami i uczuciami, dzięki czemu P3 jest bardziej „moja”. Myślę, że to też dlatego mam ochotę zagrać w Portable jako FeMC, którą już na pewno nazwę normalnie, ponieważ wtedy zdecydowanie będę grała „mną”, a nie narzuconym mi manekinem, co dodatkowo podkręci współczynnik „mojego”, and I’m into that shit. I dlatego właśnie chcemy grać dziewczynami, internetowe smutasy, immersja działa tak samo dla każdego i mam nadzieję, że pomogłam, i przestaniecie pieprzyć swoje egocentryczne smuty, bo większa ilość contentu jest super tylko wtedy, kiedy mieści się w waszym światopoglądzie (you know who you are). Kończąc ten akapit, chcę jeszcze przez chwilę pomówić o świecie przedstawionym, a dokładniej o zupełnie innej i wyzwalającej atmosferze trójki. Persona 3 stawia na otwarte przestrzenie w odróżnieniu od zatłoczonego Tokio z piątki i chociaż tej drugiej daleko do bycia klaustrofobiczną, to sama się zdziwiłam, jak głęboko odetchnęłam, gdy pierwszy raz przeszłam przez bramę Liceum Gekkoukan. Podoba mi się też to, jak mała ostatecznie okazała się mapa, gdzie co prawda już pod koniec gry nie miałam co na niej robić poza bimbaniem się w Paulownia Mall, ale pomimo tego, iż spędziłam w P3R prawie tyle samo czasu co w piątce, to tutaj towarzyszyło mi przez całe posiedzenie poczucie większej zwartości i jasnego dążenia do celu. I skoro o dążeniu do celu mowa, to przeskoczmy do tego, co zapewne interesuje was najbardziej, czyli postaci oraz fabuły. 


Przeglądając internet, zauważyłam, że dość mocno trzyma się opinia, iż w Personie 3 przez dłuższy czas nic się nie dzieje i fabuła zaczyna się dopiero gdzieś około 2/3 gry. Odniosłam całkowicie odwrotne wrażenie – jak w piątce poszczególne postacie pędzą na cmentarzysko psychologiczne prawie od razu i nawet w ich Social Linkach gra nie chce/nie ma pojęcia jak je rozwinąć, tak w trójce każdy ma jasno zarysowane okoliczności uaktualniane regularnie przez kolejne wydarzenia. Zdaję sobie sprawę, że niektórych rzeczy nie było w niektórych wersjach gry i np. chłopcy oraz Koromaru, którzy musieli się obejść smakiem w kwestii Social Linka, otrzymali własne kilkuodcinkowe mini-questy, więc oczywiście oceniam te wersje bohaterów, które zaprezentowało Reload. I pod tym względem w Personie 3 dzieje się MNÓSTWO i dzieje się CIĄGLE: nie nazwałabym tutejszej historii character-driven, ponieważ arci bohaterów nie są specjalnie przepastne ani napisane w jakiś super wywrotowy sposób, ale na to, co gra sobą reprezentuje, są to naprawdę kompetentne fabułki utrzymane w stylu starszych shounenów, które z większym zacięciem skupiały się na emocjach bohaterów. Pełno tu chwytów znanych z anime wczesnych lat dwutysięcznych i nawet późnych dziewięćdziesiątych, i choć widziałeś to wszystko już milion razy (całość bardzo mocno przywodzi na myśl Evangeliona dla młodszej widowni), to Persona 3 opakowuje to w taki materiał, że da się w to spokojnie zaangażować i z ciekawością śledzić poczynania S.E.E.S. Nie mogę się też nachwalić koherentności praktycznie każdej sceny w P3, zwłaszcza po narracyjnej sieczce piątki. Prawie każda interakcja do czegoś prowadzi albo próbuje przekazać nam nowe informacje o bohaterach i ich obecnych uczuciach, i ROBI TO RAZ, a nie mieli na okrętkę ten sam przekaz ad nauseam, bo może właśnie przespałeś ostatnie trzy sceny i dwanaście SMS-owych wymian o tym samym (never forget, never forgive). Idąc sobie trybem „nocka w Tartarusie – załatwiam sprawy na mieście i w szkole przez resztę miesiąca – co parę dni wpada event na temat czyichś aktualnych problemów”, w żadnym momencie nie towarzyszyło mi poczucie, że gra stoi w miejscu. Mogłabym się zgodzić, że na koniec dnia nie ma tu tak wiele fabuły, ale to, co jest, daje sobie czas na rozwinięcie się i to owocuje. Takie PTSD Mitsuru nie wybrzmiałoby się tak dobrze, gdyby nie poprzedził go arc z Yukari, która zaczyna zadawać pytania i analizować swój punkt widzenia, a także migawki z docierania się zespołu, jej spotkanie i napięta rozmowa z ojcem, itd. Jak nie uważam, że Persona 3 przekazuje swoje fundamentalne motywy lepiej od Persony 5 (sądzę, że seria ogólnie ma z tym problem i wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć, żeby się spinało pod konkretną retorykę, którą założyli sobie twórcy), tak inwestuje należycie czas w inne elementy swojej historii i ten podstawowy szkielet dla mnie zadziałał tu znakomicie. Ten dodatkowy kontekst – który tak naprawdę jest absolutnym bare minimum, jak udowadniają płytkie charaktery Ryujiego i Ann – pozwala Personie 3 na tchnięcie więcej życia w swoje archetypy. Widzieliście postać Mitsuru w każdym shounenie, który oglądaliście, ale ciepło i wrażliwość pokazane podczas jej arcu oraz Social Linka pozwalają na wplecenie większego niuansu w Idealną Ojou-sama. Junpei to kolejny bro, który właśnie odkrył dojrzewanie, aczkolwiek tym razem jestem w stanie z łatwością zapomnieć do scenę do natychmiastowego zaorania z wyrywaniem lasek na plaży (czemu to jest stały punkt programu w tej serii? Znaczy, domyślam się, ale czy przybicie mentalnej piątki z nastolatkami polującymi na swojego pierwszego świerszczyka jest serio warte dokonywania narracyjnego mordu na tych biednych postaciach?), gdy wchodzą jego kompleksy – z którymi sam sobie radzi!!!! – oraz główny punkt programu, czyli Chidori. Yukari… Yukari to jest ciekawa postać, ponieważ czytałam, że tłumaczenie Reload jest bliższe japońskiemu oryginałowi, który przedstawia dziewczynę jako życzliwszą i mniej temperamentną. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam tej życzliwości, ponieważ Yukari to ta laska w szkole, która kręci dramy bez sensu, bo jej się wydaje i nie sprawdzi źródła. Choć wreszcie poczuwa się do wzięcia Mitsuru na spytki, to zajmuje jej to milion lat i w większości sytuacji widać, że najchętniej wypchnęłaby kogoś innego do podjęcia tematu i rzeczywiście, poczułam się jak w liceum, ale chyba nie tak, jak życzyłby sobie tego Atlus. Jednocześnie Yukari ma świetny character arc i doceniam, że tak jak cała reszta naszego party, i ona jest odpowiednio inteligentna oraz potrafi łączyć fakty; gdyby scalić jej głowę na karku z sympatycznością Ann, to mielibyśmy idealną First Girl w Personie, not gonna lie. Angażujący jest też wątek Akihiko, Kena oraz Shinjiro, gdzie każdy chłopak składa się na inną część tego skomplikowanego emocjonalnego trójkąta. Byłam naprawdę pod wrażeniem, że ten ostatni okazał się Aerith tej gry i historia miała jaja go po prostu nie wskrzesić. Za absolutnie mistrzowską decyzję poczytuję dodanie do drużyny Koromaru, nie tylko dlatego, że jak trzy czwarte internetu uwielbiam psy, a Koro-chan to jeden z najcudowniejszych ich przedstawicieli w medium. Było nie było, śledzimy losy child soldiers, którym prawie wszyscy zginęli (albo zginą) rodzice i którzy zostali siłą rzeczy wybrani do walki z potworami oraz naprawiania błędów organizacji, która wzbiła się za blisko słońca. Dlatego wybuch radości, który nastał po dołączeniu do zespołu zwierzątka był nie tylko rozgrzewający serce, ale też TAKI NATURALNY, że za samo to, że ta gra GETS IT, dostałaby ode mnie passa. Nie mam nic do powiedzenia o Fuuce, bo tu się dość mało dzieje, ale paradoksalnie mi to nie przeszkadza. To jest postać, która najbardziej działa w tle na takiej zasadzie, iż sporo rzeczy nakreślają pojedyncze kwestie o jej sytuacji w domu i szkole. Czuć, że Fuuka nosi w sobie pewien konkretny typ smutku, który pozwala jej na przebaczenie swojej prześladowczyni, że „źle” w ogólnym znaczeniu tego słowa to ona ma na co dzień, więc tym razem dla odmiany chciałaby, żeby coś wyszło, tak długo, jeśli druga strona wyraża taką gotowość. 


Aigis oraz DJ Protaga zostawiłam na osobny akapit, ponieważ tutaj już muszę wejść w zakończenie oraz fakt, jak ponownie musisz uwierzyć Personie na słowo honoru, że chce mówić o depresji (bo wszystkim umarli rodzice, jak mniemam), śmierci i może przemijaniu, ale trudno stwierdzić, bo walnęła kilka standardowych symboli jak motyle i kwiaty wiśnie, teraz wymyślaj sobie sam. Wiecie, ta historia działa dla mnie jako opowieść o dzieciakach, które zostały zmuszone do walki z potworami i których los przypieczętowało jedno wydarzenie z przeszłości, z którego reperkusjami zmagają się do dziś (przekazana wola, etc. – gdyby Ryuji zobaczył tych shitty adults, to wypisałby się z fabuły przez skok z mostu, czym bardzo by mnie uszczęśliwił). Nie działa za to jako pojedynek dwóch światopoglądów, bo ponownie Persona przeskakuje rekina, gdyż a) nie godzi się, aby w finale nie walczyć z bogiem; b) chce upchać w siebie za dużo, więc prowadzi dwie różne narracje, które nie spotykają się właściwie w żadnym momencie. Czytałam, że Strega została rozbudowana w tej wersji, ale powiem szczerze, że to dalej za mało. Chidori i Junpei działają cudnie, ale Jezus (nawet dali mu czerwoną szatę zwisającą z dżinsów, kocham cię, Japonio) i Jin to wciąż zmarnowany potencjał, choć ten pierwszy radzi sobie troszeczkę lepiej dzięki większemu czasowi antenowemu. Trochę nie rozumiem, czemu Persona upiera się przy motywie dwóch bohaterów z takimi samymi albo podobnymi mocami, ale stojącymi po różnych stronach moralnej barykady, skoro widać, że ostatecznie poza płytkim „ja mam przyjaciół, a ty nie” albo po prostu „ja jestem dobry, a ty nie”, nie potrafi zrobić z nim niczego ciekawego (oglądałam stream Persony 4, bo stwierdziłam, że nie będę jej przechodzić i podtrzymuję moją opinię). Jezus próbuje wmówić DJ Protagowi, że powinniśmy wszyscy umrzeć, bo życie to piekło, a w ogóle to mamy super moce i dlaczego chcesz się ich pozbyć, i te sceny są komiczne, ponieważ nasza grupa NIGDY nie porusza tematu tego, czy używanie Person jest złe, czy chcemy POTĘGI i co w ogóle powinniśmy z nią zrobić. Ta dyskusja po stronie S.E.E.S. w ogóle nie istnieje i nawet odpowiedzi DJ Protaga w tych rozmowach są takie meh, więc trudno brać na poważnie Jezusa, skoro cała obsada traktuje go jak wyjątkowo natrętnego domokrążcę, który zaprasza ludzi do sekty. MOGŁABY ona zaistnieć w tej historii, gdyby Personie 3 chciało się pochylić nad okolicznościami powstania Stregi oraz funkcjonowaniem mocy bohaterów, ale to drugie zamyka w dwóch zdaniach, że „jak sam ją obudzisz, to działa zajebiście, a jak nie, to masz lipę”, to pierwsze jej nie interesuje, a poza tym to zamknij ryja, Jezus nawet nie jest ostatecznym bossem, WALCZYSZ ZE ŚMIERCIĄ CZY TO NIE JEST ZAJEBISTE. Nie do końca; znaczy, tutaj wchodzi mi bardziej, ponieważ rozwalamy Anioły (get into the fucking mech, Shinji) i przebudzenie Nyx jak mało co w panteonie bogów do ubicia Persony ma sens poza zwyczajowym JAK NIE WSADZIMY DO ZABICIA BOGA W NASZYM JRPG-U TO TA CZĘŚĆ SIĘ NIE LICZY. Nie zmienia to jednak faktu, że Jezus i Jin to potencjał zamordowany z krwią tak zimną, że imię jego Pharos. Albo Ryoji, które wolisz. W tym momencie chciałam dodać, że tych motywów również próżno szukać w Social Linkach, które ponownie są mocno ech jak na system, który ma ci wypełniać kalendarium, ale wiecie co, olśniło mnie. Wszystkie linki współgrają ze Śmiercią, ponieważ Śmierć w tarocie oznacza zmianę i koniec jako wstęp do nowego początku (a nie śmierć dosłowną). Większość spotkanych przez nas osób (nie powiem „wszystkie”, ponieważ nie zaliczyłam wszystkich linków w całości) podejmuje jakąś ważną decyzję, która wprowadza ich życie na nowe tory: Yuko zaczyna się uczyć z konkretnym celem, starsi państwo z antykwariatu godzą się na ścięcie drzewka przypominającego im o zmarłym synu, umierający Kamiki w końcu dostrzega radość życia jak krótkie by ono nie było, Mutatsu wraca do żony i syna, itd. WIĘC TO DZIAŁA. Oh my, rozjebałam samej sobie mózg, co za piękna analiza wiersza, Persona wreszcie taka spójna choć w jednym aspekcie. Mimo to ciągle uważam, że to naprawdę mogłyby być lepiej napisane historyjki. To, że Kamiki łączy mi się lepiej z przesłaniem całości, nie naprawia nagle tego, że to wciąż pół dialogu na krzyż rozpisanego na dziesięć odcinków, a który wypełniają mądrości od Paulo Coehlo. Uważam, że linki w Personie 5 mają więcej mięsa i większości zawierają całe scenki, ale to wciąż porównywanie przeciętności z banałem, a co to za wybór, jak nie ma wyboru.


Okej, zrobiłam dygresję – Aigis i DJ Protag! Otóż nie działają dla mnie! DJ Protag to ta sama kategoria, co Strega, czyli zmarnowany potencjał. Tutaj mam na myśli wyłącznie jego rolę w fabule, ponieważ nie cierpiałam, gdy nim grałam i nawet rozczulało mnie, gdy w porównaniu z bardziej „obecnym” Jokerem, dało się odczuć, iż DJ Protag myślami dryfował hen daleko. Nie wiem, jak bardzo utrwalona w fandomie jest opinia, iż główny bohater ma mieć lub reprezentować osoby w depresji, ale miałabym naprawdę trudno wskazać dowody tejże, chyba że analizujemy każdą jego możliwą kwestię pod lupą. Tego nie będę robić, więc skupię się jedynie na backgroundzie Protaga i MÓJ BOŻE SERIO, Protag jest Protagiem tylko dlatego, że pojawił się w złym momencie w złym czasie? Wow, ale się zawiodłam. Serio, bardziej podoba mi się moja wersja wydarzeń, którą headcanonowałam od momentu, gdy dowiedziałam się, że Protagowi też coś się stało dziesięć lat temu i w sumie to każdemu się stało, bo wszyscy rodzice świata i ich babcie brali udział w badaniach u dziadka Mitsuru. Ale nope, Aigis zamknęła w nim Shadowa, bo się akurat napatoczył. A potem gra stwierdziła, że potrzebuje w tej historii na gwałt robota, który staje się prawdziwą dziewczynką i to jest tak fantastyczne, jak możecie sobie wyobrazić. Znając już niesamowitą popularność Aigis, wiem, że consensus jest taki, iż to postać tak zajebista, że w głosowaniach pewnie przestali oferować inne opcje, bo z góry wiadomo kto wygra i nie ukrywam, że nie mam pojęcia czemu. Znaczy, domyślam się, bo zakładam, że jestem w mniejszości, która przewraca oczami przy każdej scence z podglądaniem dziewczyn i wyrywaniem lachonów, tymi popisowymi numerami tej serii (i już wiecie, czemu nie zagram w Personę 4. Przepisywanie Yosukego w Revisited to jedno – kto przepisze Teddiego?!), prawda, a Aigis wywala poza skalę, bo to ładny egzemplarz dziewczęco-podobny, którego jedynym pragnieniem jest być zawsze przy tobie, ale fabularnie nie ma tutaj o czym rozmawiać. To nie tak, że nie lubię tej postaci – jest nawet zabawna i urocza, ale w kwestii konkretów wpada wyłącznie z mega oklepanym wątkiem, który może miałby rację bytu (wszak jak pisałam wcześniej, widzieliście ten shounen już milion razy i w żaden sposób nie przeszkadza to w odbiorze), gdyby nie był potraktowany tak po macoszemu. Aigis egzystuje sobie gdzieś w tle przez większość czasu, aż następuje czas wielkiego reveala w siedemdziesiątej godzinie, a potem drugiego reveala w godzinie siedemdziesiątej trzeciej iiii dalej nic ciekawego się z nią nie dzieje, poza tym, że gra przypomina sobie, że chciała tu pizgnąć morałem i nagle robot staje się dziewczynką, i kocha DJ Protaga naprawdę, a nie tylko interesuje się nim, bo zrobił z niego hodowlę finałowych bossów. „Ależ Ciaro, napisałaś wcześniej, że Social Linki są o zmianach i przecież Aigis też się zmienia, patrz, jest motyw!” – ta, jasne, a potem motorniczy wstał i zaczął klaskać, gdy już doczytał do końca ten fanfik przez przypadek wpleciony w scenariusz tej gry, ponieważ scenarzyście na ostatniej prostej pomyliły się pliki w Wordzie, dajcie spokój. Wiecie, mogłabym tu być wredna i stwierdzić, że fabułę w którymś momencie zaczęto ostro przepisywać, ponieważ to dość dziwne, iż Jezus i Jin nijak się tu nie łączą i że historii bardzo nie chce się opowiadać o tym, co działo się tych dziesięć lat temu. Nie będę, bo Persona 3 była po piątce niemałym katharsis i nie chcę się nad nią znęcać, aczkolwiek przy odrobinie złej woli bardzo łatwo dałoby się wskazać, które elementy potencjalnie wzięto z którego szkicu scenariusza. Aigis można podciągnąć pod fanserwis dowalony na koniec, ponieważ wystarczy minimalnie przepisać fabułę, aby się jej pozbyć, a zakładam, że nietrudno napisać lepsze wyjaśnienie niż „magiczny robot, który ostał nam się tylko jeden, a cała reszta wygodnie została zniszczona 10 lat temu, hm, co za przypadek, podczas walki z ostatnim Cieniem musiał zapieczętować go w przypadkowym dzieciaku na autostradzie, na której nie było nikogo innego i teraz musimy mieć te dwie postacie w pakiecie w tej historii, ponieważ tak”. … Naprawdę wolę moją wersję, że rodzice DJ Protaga też brali udział w badaniach u dziadka Mitsuru. Ma sens, a ja lubię sens. 


Jak się zapewne domyślacie, zakończenie do mnie zupełnie nie trafiło z tegoż powodu, że wcale nie czuję ani samego (nie)wątku Aigis, ani jej związku z DJ Protagiem. Scena na dachu jest naprawdę śliczna, nawet jeśli niektóre jej elementy są totalnie bez sensu (czemu wszyscy wszystko zapomnieli, nie taka była umowa, szkoła okłamywania widza im. Heavy Rain), ale robot, który stał się prawdziwą dziewczynką, zasługuje na ten ending jedynie wtedy, kiedy z nim romansujesz i jeśli nie masz go gdzieś. I teraz wszyscy jęknięcie z zawodem, ale musiałam zapytać wujka Google, czy DJ Protag umarł na tym dachu. Przepraszam, ale ja nie wierzę w żadne przesłania Persony, bo nie tak się pisze metafory; jak ustaliliśmy wcześniej (i gra ci sama to mówi ustami szkolnego pielęgniarza), Śmierć nie oznacza śmierci w tarocie, więc to też żadna poszlaka, zwłaszcza że to nie jest karta Protaga, tylko uśpionego w nim Pharosa; skoro chwilę wcześniej też straciłam całe życie w finałowym starciu i moi przyjaciele wystrzelili we mnie Spirit Bomb, to czemu nagle ostatnia technika za całe HP miała mnie naprowadzić na to, że Protag umarł? KTO PO ŚMIERCI ŻYJE DWA MIESIĄCE, ŻEBY WYPEŁNIĆ PRZYSIĘGĘ Z PRZYJACIÓŁMI?! Tak, cała scena ma wydźwięk ostatniego pożegnania, ale będę się też kłócić, że poszlaki są utrzymane w tonie „jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie” i nie pomaga jej to, iż powiązana jest z płomiennym wyznaniem tej jednej postaci, której musisz uwierzyć na słowo, że rzeczywiście coś przeżyła. No chyba, że mowa o Kimi no Kioku przygrywającym podczas napisów końcowych, w którym słowa są bardzo jednoznaczne i zdecydowanie z perspektywy Aigis, ale że japoński znam jedynie na poziomie wieloletniego mangozjeba, to my bad, zrozumiałam dopiero, gdy natknęłam się na tłumaczenie i nie mam racji. ALE WCIĄŻ. Mam ból dupy, że Protag umiera właściwie tylko po to, żeby Aigis mogła mieć swoją przygodę i naprawdę… Każdy. Każdy, tylko nie ona. Come on. 
I to już koniec mojej opinii na temat Persony 3 Reloaded. Nie będę jej podsumowywać, bo myślę, że wyłożyłam już moje uczucia należycie, więc jedynie dla porządku powiem, czy zamierzam dalej zgłębiać temat. Myślę, że Portable to naprawdę będzie moje ostatnie spotkanie z serią – czwórkę obejrzałam na Jutjubie i już abstrahując od cudowności typu Yosuke i próbach naruszenia praw człowieka względem żeńskiej części party na prawie każdym kroku, to czuję, że ta część nie ma mi specjalnie nic do zaoferowania poza tymi samym błędami, które już znam i najprawdopodobniej zjechałabym ją tak samo jak Personę 5, jeśli nie gorzej, więc po co mamy wszyscy cierpieć. Jestem zadowolona z mojej przygody z trójką, ale raczej nie mam czego szukać w tej serii i lepiej zająć się czymś innym. Obejrzę trailery do Persony 6, choć wątpię, żeby Atlus chciał zmieniać sprzedającą się formułę. Z jakiegoś powodu ta firma lubi swoje sceny z wyrywaniem lachonów na plaży czy incydentami w ciepłych źródłach i tak długo, jak ta seria będzie o nastolatkach i dla nastolatków, to nie wierzę w nagłą zmianę klimatu. Czuję też, że nie ma co liczyć na FeMC w szóstce – opcję tę w P3R przyblokowała Sega, twierdząc, że będzie to za drogie, więc zakładam, że zrobi to znowu, bo przecież wszystko w giereczkowie jest teraz za drogie, a w ogóle Baldur’s Gate 3 to anomalia i zamknij ryja. Tak, uprościłam temat maksymalnie, ale wciąż mnie trzyma od pisania o bezsensowności fabularnej Aigis. Ale no, Persona 3 Reload była fajna nawet ze swoimi potknięciami, dała mi grać w grę, wyrwałam Mitsuru i grałam w jej pokoju w shogi CAŁĄ. BOŻĄ. NOC. Wait, czy jeśli Mitsuru potrzebuje Academics na fulla, a to najtrudniejszy stat do wbicia w grze, to teraz mogę udawać, że praktycznie wyrwałam Shiori w pierwszym TokiMemo? Nie? Awww.

Komentarze