Uwierzycie, że ostatnie Opowieści opublikowałam jakiś rok temu? Ja tak, bo jak w tym memie na drodze zwanej „pro-” skręcam w „-krastynacja”, a nie „-duktywność”, ho ho! Okej, to nie było śmieszne. Jako że ten rok to rok nadrabiania backloga – chociaż jeśli masz Playstation i mierzysz trochę wyżej niż Fifa i cinematic experiences, to rok nadrabiania backloga jest ostatnio co roku – to ogrywam rzeczy zaległe i które akurat poszły na przecenę (albo i nie), więc właściwie to nie nadrabiam backloga, tylko nadrabiam backloga poprzez kupowanie tego, czego nie kupiłam na premierę. … Nadrabiamy backloga. Tak czy inaczej dziś w menu głównie drugi obieg: Coffee Talk: Tokyo, Pentiment, MODEL Debut 3 #nicola, The Lord of the Rings: War in the North oraz ostatnia VN-ka z uniwersum Vampire: The Masquerade, czyli Reckoning of New York.
1. Coffee Talk: Tokyo (PS5)
Po więcej niż udanej drugiej odsłonie serii (czyli Hibiscus & Butterfly), byłam już pewna, że jeżeli wyjdzie kolejne Coffee Talk, to przejdę je bez wahania. I tutaj trójka to zaufanie odpłaciła z nawiązką; nie dość, że uderzyło we mnie bombą fanserwisu w formie umieszczenia akcji w Japonii, to jeszcze świetnie trafiło z przeglądem poruszonych tematów. Właściwie żaden z nich nie jest specjalnie bliski mojemu sercu, ale pochodzą z tej społecznej sfery, od której nie zasypiam z nudów, więc łyknęłam jak pelikan niemal każdy z tutejszych wątków. Dla porównania, dwójka oferowała na przykład historię influencera i co prawda udało jej się ją wybronić na sam koniec, ale miała w tej kwestii wyjątkowo pod górkę w moich oczach. I dlatego jeżeli Lukasowi nigdy nie ostanie się cameo w następnych grach, to będę tym szczęśliwsza (tak samo jak Freyi, tej nudziarze). Wracając jednak do odsłony tokijskiej, mamy tu do czynienia m.in. z wypaleniem zawodowym, poszukiwaniem siebie na emeryturze, próbami odzyskania swojego życia naznaczonego nieuleczalną chorobą (in a way), a także dyskusją na temat ról rodziców wyznaczonych przez społeczeństwo. To ostatnie to chyba największy overarching arc w grze, bo ociera się o najwięcej postaci w mniej lub bardziej bezpośredni sposób i pasuje on idealnie do tego, o czym chce rozmawiać Coffee Talk, czyli transformacjach tych nieuniknionych, tych potrzebnych i tych chcianych oraz pożądających uznania w oczach otoczenia. Akceptacja to zresztą drugi główny nurt tej części, połączony z refleksją na temat tego, kiedy odpuścić i przede wszystkim JAK, aby wciąż była to decyzja na naszych zasadach i niebudząca nas w środku nocy. Nie powiem, że CTT trafiło do mnie w dobrym momencie, bo to nie jest aż tak wywrotowa opowieść, ale uważam, że to najbardziej aktualna odsłona serii, która wyszła dokładnie wtedy, kiedy powinna, i chociażby za to należy jej się uwaga, jeśli lubicie gry o społeczno-obyczajowej tematyce. Pod względem gameplayu jest trochę trudniej, a trochę nie bardzo, bo o ile wprowadzono podział na napoje zimne i gorące, a także kilka składników więcej, to bohaterowie jaśniej artykułują swoje potrzeby i ja pierwszy błąd popełniłam dopiero gdzieś za połową gry. Zniknęła też mechanika przechowywania przedmiotów pod ladą, więc poza potrzebą wpasowywania się w odpowiednie combo endingów dobrych i złych, coby odblokować wszystkie obrazki w galerii, nie ma tu przesadnie nic skomplikowanego. Pixel art wygląda też z każdą częścią coraz lepiej, a w tej to już w ogóle zachwyca; z drugiej strony pojawiają się cameosy bohaterów z poprzedniej części, i jak jednej sprite podrasowano, to innej nie, i my, oh my, widać tę przepaść pomiędzy jedynką a Tokyo. Przynajmniej się rozwijają. W każdym razie – polecam CTT, zwłaszcza jeśli już znacie Coffee Talk. Jest to jak dotąd najlepsza odsłona tej serii i nie istnieje żaden dobry powód, aby ją pominąć.
Pentiment chowało mi się gdzieś z tyłu głowy jako ta gra umiejscowiona w średniowieczu (a więc automatycznie #polishcore, prawda), która wszystkim się podobała, więc nadszedł i mój czas, żeby się zachwycić. Co prawda nie będzie to tytuł, który umieszczę na liście TOP 10 tego roku, bo nie zauroczył mnie aż tak, ale i tak gorąco go polecam fanom miniaturek. U mnie poczucie „blisko domu” (i to takie z tych rzadko pozytywnych) wywołał fakt, iż historia krąży wokół okresu wynalezienia druku i odchodzenia techniki ręcznie kopiowanych książek do lamusa, a zaprawdę powiadam, polonistyka INTENSIFIES, kiedy zaczynamy mówić o Gutenbergu. Samego Andreasa można ogrywać jako zatwardziałego bibliofila, oczywiście, że wybrałam ten background od razu, gdy tylko było można, lol. Nasz bohater więc maluje sobie tę książkę, a w międzyczasie wydarza się morderstwo i jako jedyna bezstronna osoba z głową na karku zaczynamy bawić się w Ace Attorney: The Middle Ages Edition. Podoba mi się, jak gra przedstawia bohaterów jako osoby z krwi i kości pełne sprzeczności i niespecjalnie ukrytych podniet. Tak, to teoretycznie jest kolejna opowieść o zakłamanym klerze, ale na każdego zadufanego w sobie mnicha dostajemy trzech innych, którzy chcą po prostu szczęśliwie sobie żyć z minimalnym lub żadnym wbijaniem kija w mrowisko. W większości przypadków zresztą motywacje postaci nie są takie sobie znowu zerojedynkowe, co dodaje tej dość krótkiej grze niemałej głębi. A także niezłego kawałka replay value, ponieważ ze względu na to, jak działa tu upływ czasu, nie da się zrobić wszystkiego, i na zbadanie niektórych tropów trzeba będzie poczekać do następnego posiedzenia (jeśli chcecie). Mile zaskoczyło mnie też, iż Pentiment próbuje poruszać kwestie depresji i feminizmu, bo to w końcu średniowiecze, ale oba tematy ujmuje z gracją i po ludzku, my favourite kind. I chciałabym też na koniec pochylić się nad ukłuciem żalu, który poczułam podczas openingu, gdzie wielkimi zgłoskami gra ogłasza, że to XBOX STUDIOS PRODUCTION. Pentiment jest naprawdę solidną i oryginalną pozycją, będącą świetnym wyznacznikiem jakości wśród tytułów mniejszych tak ogólnie, jak i budżetowo. Dlatego jak zawsze boli patrzenie na takie Playstation Studios, które w tym momencie opiewa na ino wspomnienie. Pewnie jesteście znudzeni czytaniem o wojnach konsolowych i szczerze ja też nie mam specjalnie ochoty brać udziału w tym wyścigu. Ale patrzenie na te wszystkie marki celebrowane w Astro Bocie, z którymi Playstation nic nie robi/nie może zrobić, i do których długo nic nowego nie dojdzie (jeśli w ogóle), bo PS woli wydawać co roku kolejny remaster TLOU i następny otwarty świat z szukaniem kubków za 5 EXP-a… Powiedzmy, że istnieje dobry powód, dla którego żartuję przez łzy, że PS5 to moja ulubiona konsola retro, ponieważ gram na niej głównie w Tekkena 3 ostatnimi czasy. I Infinity Nikki, które pewnie kiedyś w końcu wyjdzie na Switcha 2, i które i tak mam już na Steam Decku na wyjazdy. Tak że tego.
3.
MODEL Debut 3 #nicola (Switch)
O nowej grze z uniwersum Nicoli – i nie, nie grałam w żadną inną; ja należę do kościoła Style Savvy i New Style Boutique, czyt. nawet nie wiedziałam, że ta seria istnieje – będzie krótko, ponieważ w sumie bardziej chcę wypluć z siebie opinię, że to nie jest to. Jak głosi tytuł, wcielamy się w modelkę rozpoczynającą pracę pod nowym kontraktem w agencji modelingowej. Zlecenie opiewa na trzy lata i zgodnie z japońską modłą oczekuje się od nas bycia dobrą kouhaiką, senpaiką i wszystkim pomiędzy podczas naszej rezydentury, po czym dostajemy kopa i mamy radzić sobie same wśród burzliwych fal showbiznesu. Ale gra nie o tym, więc śledzimy zmagania naszego awatara podczas tych trzech lat i well, są one mało urozmaicone. Co miesiąc otrzymujemy cztery zlecenia (jedno na tydzień), z czego większość to sesje zdjęciowe do magazynów. Jeżeli nasza działalność przysporzyła nam odpowiednią liczbę fanów, to odblokowujemy występy w dramach albo programach muzycznych, etc. Po każdym zleceniu mamy czas wolny, który możemy przeznaczyć albo na podwyższenie jednej ze statystyk, które pomagają w zdobywaniu fanów, albo spędzić chwilę z kimś z agencji i podwyższyć sobie z nim poziom sympatii. To gra idealna do pykania do podcastu, let’s playa albo 7-godzinnego wideoeseju o Yakuzie, który oglądałam już pięć razy, ale jest fajny, więc obejrzę go jeszcze po raz szósty, aczkolwiek to słabe usprawiedliwienie dla mocno powtarzalnego gameplayu i małej różnorodności. Choć ubrań jest sporo, to duża ich część wygląda podobnie. Głównie dlatego, że autorzy skupili się na bezpiecznych dziewczęcych i eleganckich stylach – brakuje szalonych cosplayów, rock to kilka skórzanych spódnic na krzyż, a punk czy grunge w tej grze nie istnieją. Mam przeczucie, że mundurki szkolne i kimona dodano do stawki wyłącznie dlatego, że to produkcja japońska i wypada, a nie że chciano, ponieważ przez całe trzy lata otrzymujemy może ze dwa zlecenia, gdzie rzeczywiście musimy zapozować w furisode. Gameplay loop angażuje wyłącznie przy wyłączonym mózgu – nie łudźcie się, że wciągnie was jak prowadzenie butiku w Style Savvy, to nie ten adres. Co prawda, jeżeli celujecie w ubierankę i nic poza tym, to MODEL Debut 3 może się podobać. Pod tym względem rzeczywiście dostajesz lalkę i całą szafę ciuchów, a potem możesz nawet przerobić okładkę magazynu, jak chcesz (co pomijałam, bo jara mnie to jak wszelkiej maści tryby photo, czyli wcale), ale w porównaniu z New Style Boutique całość jest bardzo bare-bones. Wydaje mi się też, iż historie NPC-ów w NSB były bardziej angażujące i zabawniejsze; tutaj miałam swoich faworytów, aczkolwiek niech za poziom wyrąbania tej gry posłuży fakt, iż fabuła sama decyduje o rodzaju naszej relacji z męską częścią agencji, dlatego każdy z trzech dostępnych amantów (lol) obowiązkowo wyznaje nam miłość w finałowym evencie. I nasz awatar jest tym wiecznie urzeczony, choć teoretycznie posiada już chłopaka (a czasem nawet dwóch). Joke’s on you, gro, ja utrzymywałam bardzo PLATONICZNĄ relację z moją ulubioną psiapsiółą Kikyo. Dałam jej nawet czekoladki na Walentynki. A ona obiecała się odwdzięczyć w Biały Dzień. HO HO. I to powinna być wasza nauczka, żeby kodować te gry lepiej, because of course I’ll make it gay, jeśli tylko dacie mi okazję, LOL.
4. The Lord of the Rings: War in the North (PS5)
O, to mi się podoba! Przeszłam z bratem już wszystkie Sacredy, Neverwinter Nightsy i beat’em upy w co-opie (halo, gdzie ten He-Man, czekamy), więc jak zobaczyłam trailer tej LOTR-owej naparzanki, zignorowałam wszystkie narzekania, że Aspyr pewnie znowu zapomni zapłacić ludziom od Q&A i kupiłam to w pół sekundy. No i co, cudowne to jest. Owszem, zdarzają się bugi – na przykład jeden taki wkurzający z Rangerem, który nie kontaktuje, że ma otworzyć skrytkę, gdy go promptujemy, ale on to w ogóle jest w naszej drużynie tylko jako zasłona dymna, do niczego się chłop nie nadaje – ale ilość funu, jaką wyciągamy z tej prostej nawalanki, przysłania wszystko inne. To tier „los zadecydował, że tego wieczora porysowana płyta z Metal Slugiem odpali, więc napieprzamy do białego rana”, dlatego jedziemy teraz Heroic Mode, a potem spróbuję jeszcze przekonać brata, żeby wysiedział ze mną przy Legendary, bo mój autyzm jest potężniejszy od jego, a poza tym „słuchaj, musimy skończyć tę grę do piątku, bo wychodzą nowe Star Warsy” i nie sądzę, żeby Wojna na Północy była taka fajna z dwoma NPC-ami do niańczenia. Ale z przyjaciółmi jest – prosta i skomplikowana w odpowiednich miejscach, dobrze sprzedająca LOTR-owy fanserwis (możesz zapytać Gandalfa, czemu nie wyślemy do Mordoru Orłów, lol) i uzależniająca jak każda szanująca się solidna gra 6/10.
5.
Vampire: The Masquerade: Reckoning of New York (PS5)
Trochę się zbierałam z kupnem i przejściem ostatniego polskiego VTM, ponieważ stopowały mnie nieco negatywne recenzje. Według internetów ta gra to może nie totalna kupa, ale fakt faktem, muszę się zgodzić, że to raczej ta gorsza VN-kowa Maskarada. Myślę, że głównym problemem tej odsłony są źle dobrane punkty ciężkości; i tenże zarzut odnosi się tak do postaci, jak i historii samej w sobie. Tym razem wcielamy się odpowiednio w Kali z Ravnosów oraz Caitiffa Pádraica, którzy próbują oczyścić imię tej pierwszej po tym, jak zostaje oskarżona przez Camarillę o… Cóż, mnóstwo rzeczy, a każda z nich jest winą bardziej jej wampirzego ojca, niż jej samej, i to będziemy udowadniać. Jeśli go odnajdziemy, bo facet przepadł jak kamień w wodę i pół Nowego Jorku chciałoby się dowiedzieć gdzie i czemu. Jednocześnie zacieśnia się pętla na szyi lokalnej społeczności – na wampiry polują bojówki z zapleczem nie wiadomo skąd i brak jasnej odpowiedzi ze strony Camarilli i Anarchów na ten stan rzeczy zmusza coraz więcej ich członków do ucieczki z miasta. Teoretycznie dzieje się sporo w tej części, bo i Kali, i Pádraic dowiedzą się czegoś diametralnie nowego o sobie, a status quo grozi wywinięciem orła z telemarkiem, ale… Nie czuć zanadto wagi wydarzeń. Problemy protagonistów opisuje się dużymi słowami i nawet finał skręca w terytorium „oh shit”, tylko że po pierwsze wydarzenia rozgrywające się wokół opiewają w multum innych ciekawszych rzeczy, którymi fabuła mogłaby się zająć i do których rozkminy moralne dwóch noł-nejmów nie doskakują, a po drugie zakończenia są tu dość otwarte, więc na koniec trudno nie mieć poczucia straconego czasu; tym bardziej, gdy znowu pomyślisz o tych innych ciekawszych rzeczach. Chybionym pomysłem było też zrobienie z Kali archetypu „cool kid”, bo gra, próbując sprzedać nam jej rzekome street smarts i umiejętność szybkiego myślenia, sprowadza wszystkie inne postacie do jej niespecjalnie wysokiego poziomu. Co prawda jest w tym trochę więcej niuansu i to nie do końca tak, że wszyscy przyjmują kłamstwa dziewczyny za prawdę objawioną, ale i tak dostajemy sporo scen, gdzie wampiry, które z niejednej szyi krew piły, dają się zrobić w bambuko jej dziecinnym i głupiutkim zagrywkom. Choć to nie ta sama druzgocząca liga, to na myśl przychodziły mi Pyskówki Chloe z BtS, gdzie sytuacja, że laska nie dostaje strzała po drugim zdaniu, nie zachodzi wyłącznie dlatego, bo scenariusz tak powiedział. Mimo moich bolączek to nie jest najgorsza gra ever – jestem w stanie się zgodzić, że to najsłabsza Maskarada w trylogii (chociaż nie pamiętam już tak dobrze jedynki, więc mogę się mylić), ale ciągle da się w to zagrać i dobrze się bawić, jeżeli nie jesteście wybredni. Na przecenie idealna.
Screeny do Nicoli, LOTR-a i Maskarady ukradłam ze Steama, bo nie zrobiłam swoich. Jak zwykle, lol.
Komentarze
Prześlij komentarz