Retrospekcja: Life is Strange: Before the Storm


HO HO WOMBO-COMBO. Skoro kupiłam już Arcadia Bay Collection, to stwierdziłam, że z rozpędu zaliczę obie części przygód Max-ale-nie-do-końca-za-to-w-obu-jest-Chloe. Głównie dlatego, że podeszłam do tego zadania jak do odrywania plastra – po powtórce pierwszego Life is Strange nie miałam już nadziei, że Before the Storm jakkolwiek poprawi mój odbiór, chociaż szanuję twórczość Deck Nine bardziej niż statku-matki. … Albo szanowałam, zanim nie zniszczyli całego kredytu zaufania Double Exposure, które od połowy zaczęło przepisywać jedynkę tak, żeby facetka się nie skapnęła, ponieważ nowe pomysły są dla słabych. No ale DE to DE, a tutaj cofamy się o dziewięć lat do pierwszej próby rozwinięcia uniwersum Life is Strange. Zaskakująco w tym przypadku mam do powiedzenia troszeczkę więcej niż o podstawce, ponieważ rzeczywiście moja recepcja Before the Storm dość się zmieniła przez te wszystkie lata. Moje zaufanie do Deck Nine urosło właśnie za sprawą BtS, które początkowo całkiem pozytywnie mnie zaskoczyło. Dialogi wydawały się jakby kompetentniejsze, a i sama historia znakomicie kłamała, iż zna swoje zadanie. Dziś jednak mojej opinii bliżej do tej drugiej strony barykady obrzucającej ten skrajnie niepotrzebny dodatek jajkami i zgniłymi pomidorami, co zdziwiłoby pewnie mnie sprzed tych niemal dziesięciu lat, ale nie zrobiło większego wrażenia na mnie z dziś, uprzednio zmęczonej pięcioma odcinkami spędzonymi z Max. Ale ad rem – ostrzegam, że będą SPOILERY DO CAŁOŚCI. I jakieś lewe screenshoty, ponieważ Playstation uznało, iż fabuła tej gry jest tak wywrotowa, że przez znakomitą jej część nie pozwoliła zrobić mi żadnych, gdyż ponieważ spoilery (?). Finałowe fuck your selfie od LiS-a, I guess.


Może zacznę od tego, co pomimo wszystko dalej dla mnie działa, a mowa o kreacji Rachel Amber. Czy potrzebowaliśmy koniecznie poznać osobiście zaginiony McGuffin w ludzkiej formie z oryginału? Niespecjalnie, ale to, co dostaliśmy – tak długo, jak rzeczywiście ujmuje Rachel w obiektyw, o czym za chwilę – rzeczywiście sprzedaje mi tę postać jako żywe srebro pełne charyzmy i uroku. Oczywiście nie każda scena to killer (mało która de facto nią jest w tej biednej grze) i na przykład takie przedstawienie, które ma być perłą w koronie prezentacji tej postaci, ginie w odmętach koszmarnego voice actingu. Ale będę się sprzeczać, że przy kwestiach Rachel scenarzysta wreszcie wyjął notatki z tych zajęć twórczego pisania i przysiadł fałdów, żeby stworzyć coś, co potrafi przekazać powab, ciekawość świata, głód interakcji z drugim człowiekiem i inteligencję emocjonalną wyższą niż u takiej Chloe Price, a następnie zapakować to w jedną bohaterkę. A potem znowu przeraziło go, jak dobrze mu poszło, więc cały ten pieczołowicie budowany zamek z piasku porywa fala pod tytułem „starzy Rachel” i wszystko idzie w pizdu. Wiecie, nie będę utrzymywać, że ta historia ma rację bytu nawet zanim wjeżdża na pełnej wątek Sery, bo Before the Storm to ten typ prequela, który odpowiada na pytania, których nikt nie zadał, ponieważ każdy z chociażby połową mózgu już to wszystko wiedział. Zaryzykuję stwierdzenie, że jedynym naprawdę ciekawym elementem tej gry jest kreacja Rachel – nawet relacja z Chloe czy rozterki tejże to moim zdaniem coś do całkowitego pominięcia. Wiedzieliście, że panna Price lubiła swoją zaginioną ukochaną/przyjaciółkę, wiedzieliście, że miała ciężko po śmierci ojca. Nie potrzebujecie kilku siermiężnych sekwencji koszmaru w ramach informacji, że TAK, Chloe pogrążyła się w rozpaczy i pogrążyła się też sama, bo to da się wywnioskować z oryginału. Deck Nine z jednej strony miało chyba świadomość, że tak naprawdę nie ma tu nic więcej do opowiedzenia, więc wymyśliło cokolwiek, aby zapełnić te trzy odcinki i wydusić z marki dodatkową kasę. Z drugiej zabrakło mu jaj oraz wiary, by ten czas antenowy poświęcić czemuś, co miałoby wartość, a mianowicie beztroskim przygodom dwóch dziewczyn i ich wzajemnemu docieraniu się. Tematycznie Before the Storm to gra dla nikogo – wprowadza co prawda wątki obyczajowe, ale zamiast pozwolić im oddychać i ograniczyć poziom dramy do minimum oraz postaci, które naprawdę interesują fanów, dorzuca jeszcze wyjątkowo nieciekawe i dolepione na ślinę śledztwo, aby tró gejmerzy czasem nie posnęli z nudów. Największym grzechem BtS jest to, że na koniec dnia nie traktuje ani o Chloe, ani o Rachel i zwłaszcza w przypadku tej drugiej to absolutna tragedia, ponieważ prequel, posiadając możliwość nadania dziewczynie agency, którego nie udało się z wiadomych powodów podstawce, decyduje się po prostu tego nie robić. W zamian otrzymujemy stawianie chochoła, za którego sprawą próbujemy wykazać, iż jaka matka, taka córka i yep, całe stoczenie się Rachel Amber było zapisane w gwiazdach, ehe, tego nie dało się odratować, dobrze, że umarła zawczasu! To nawet fix-ficki mają na tyle przyzwoitości, żeby jednak używać postaci, których rzeczone naprawianie dotyczy, zamiast tworzyć całą lustrzaną wersję wydarzeń, aby podciągnąć fakty pod swoje ideolo. Deck Nine, come on, jaki jest problem.


Po przeżyciu ponownie beznadziei znanej jako Chloe Price w Life is Strange, brakło mi już zupełnie do niej cierpliwości w BtS. Owszem, tutaj rzeczywiście widać, że wszyscy ją zawiedli, ale z drugiej strony to dziecko samo nie próbuje i nie potrafię tego szanować. Rozwalało mnie też, z jaką łatwością przychodzi jej zgadzanie się na kradzieże, włamania i inne palenie dowodów. To serio jest laska, której przeznaczeniem jest zostać miejscową dilerką zioła albo stałą bywalczynią posterunkowych cel. Miałam trochę nadzieję, że Joyce nie zaciągnęła jej siłą do psychologa, bo problemy finansowe, ale nope – Chloe przestała do niego chodzić, bo „jej nie rozumie”, a sesje ze szkolnym pedagogiem w Blackwell są darmowe, więc good job, both of you, William naprawdę był tym trybikiem, który wprawiał tę machinę w ruch, huh. Jestem tutaj też diablo krytyczna, ponieważ najlepsza przyjaciółka Max tylko z nazwy potrafi nawiązywać kontakt z innymi ludźmi, więc MOGŁABY zapełnić tę pustkę… ale nie chce. Taka Steph nawet wysuwa swoją kandydaturę na lesbijską nestorkę, a zakładam, że w tej szkole pełnej hipsterów, gdzie wszyscy boją się indywidualności jak ognia, to nie jest takie małe miki. Niestety, najwyraźniej jeżeli nie jesteś w typie panny Price, to nie nadajesz się na potencjalną przyjaciółkę; w tym domu zasadę friends with benefits traktujemy BARDZO poważnie, IMPERATYWNIE nawet! Max myślała, że she can fix her, Rachel pociągało putting your dick into crazy, a ja chcę po prostu zaliczyć w Vinha w DE i Reunion pewnie pizgnie mi za tę fanaberię w twarz Jedynym Słusznym Pairingiem. 
Co tam dalej… Po latach nie byłam już tak skora do zakopywania topora wojennego z Davidem – przesadza właściwie w każdej interakcji z buntowniczą panną Price, nie mając żadnego prawa, aby to robić jako osoba z zewnątrz. Wiadomo, że nieważne, jaką decyzję podejmiemy, bo przyszłość została wyryta w kamieniu, aczkolwiek rozbawiło mnie, gdy przeczytałam, iż celem Deck Nine było stworzenie „trudnych relacji ludzi, którzy nie są idealni”. Okej, Deck Nine, my sweet summer child, pozwól, że zdradzę ci pewną tajemnicę – jeśli przegniesz z robieniem tych „nieidealnych ludzi”, to wychodzą ci porażki społeczne, którym nikt nie chce kibicować. BtS tak bardzo skupia się na wyolbrzymianiu wad, że w ich zalewie giną wszelkie zalety, których potrzeba do budowania fundamentów pod dyskusję „kto ma rację” lub „kto jest usprawiedliwiony w swoich działaniach”. Teoretycznie zdaję sobie sprawę, iż Joyce też wybitnie nie urządza zaistniała sytuacja, tak emocjonalnie, jak i finansowo. Jednakże każda przesłanka o jej cierpieniu zostaje przemielona przez bezlitosną i uprzedzoną narrację Chloe, która wypełnia dyskurs w scenariuszu nie oferującym zbyt wiele w zamian. To, jak matka (nie) radzi sobie ze stratą męża, słyszymy jedynie w kilku momentach podczas zwiedzania mieszkania; a i to okraszone jest nieodmiennie sarkastycznym komentarzem bohaterki, więc na dzień dobry gra programuje gracza na konkretną opinię. Historia zastaje nas w chwili, gdy Joyce sięga po środki drastyczne, przerzucając jednocześnie uwagę na swoje własne szczęście w nadziei, że skoro nie udało jej się z córką, to uratuje chociaż siebie. Ale to też brzmi lepiej, gdy o tym piszę – gra nie pokazuje nam drogi, którą kobieta przebyła, aby dojrzeć do tej decyzji, więc oceniać możemy jedynie obraz matki, która najwyraźniej poddała się bez walki. Nie pomaga też Chloe, która zdobywa się na współczucie dopiero w momencie, kiedy zostaje postawiona pod ścianą, co po pierwsze zdarza się rzadko, a po drugie generuje uczucia w większości wymuszone i nieszczere. Nie ma w Before the Storm trudnych relacji ani ludzi z wadami – są jedynie więzi porzucone przez bandę egoistów, o czym gra nie pozwoli nam zapomnieć.


Nie wiem, czy ukręcę z tego osobny akapit, ale spróbuję – największym przegranym tej gry jest Eliot. Mój boże, o chuj tu chodziło, Deck Nine? Biorąc pod uwagę wątek Sery i ten, zaczynam myśleć, iż tutejszy scenarzysta miał dużo opinii na temat tego, co wydarzyło się w podstawce i stwierdził, że o wszystkich nam opowie. Eliot to Warren Bis, tylko że jak o niewinności zauroczenia tego drugiego możemy jeszcze dyskutować, tak Eliot to już totalnie kategoria Nice Guya. But wait! Może jednak należysz do tej grupy, która uważa Rachel za Szatana, Panią Zniszczenia, Gwiazdę Zaranną, Antychrysta, Diabła, Biesa, Lucyfera, Księżniczkę Ciemności, Belzebuba, Upadłego Anioła, Kusicielkę, Beliala, Lewiatana, Wielką Smoczycę, Królową Babilońską, Władczynię Tyru, Córkę Zatracenia i Matkę Kłamstwa, i jak ten Przechuj nad Najchujowsze Chuje uważasz, że zdradziła Chloe z Frankiem, co za zdradliwa lampucera! W takim razie nie bój nic, Eliot przybył, aby reprezentować twój punkt widzenia jako absolutnie pozytywna postać, która nigdy nie zrobiła nic złego, a już na pewno nie stalkowała i nie oczekiwała całowania po nogach od dziewczyny, która była nią wybitnie nie zainteresowana! Jestem pod wrażeniem, ile Deck Nine próbowało upchnąć w kolesia, którego ja na przykład ignorowałam, kiedy tylko się dało (naprawdę miałam już dosyć tej gry, dajcie mi spokój), przez co zaliczyłam z nim dwie albo trzy interakcje, z czego jedną z nich było finałowe starcie w gabinecie Jamesa i ummm, czemu to ten odrzucony projekt nowego Kena robi mi rachunek sumienia? I dunno, ale scenarzysta uznał za stosowne wprowadzić jeszcze jeden kalkulator naszych decyzji, bo inaczej skąd mamy wiedzieć, co zrobiliśmy i czy dobrze?! O właśnie, to jest kolejny element mechaniczny, który moim zdaniem koszmarnie się zestarzał w LiS-ach – te chwile, kiedy gra zaczyna sprawdzać nasze decyzje i podliczać punkty. Taka scena na dachu z Kate może byłaby bardziej ekscytująca, gdyby na moich oczach kod nie przelatywał przez wszystkie zmienne i nie przeciągał wajchy w odpowiednie miejsca. Wygląda to strasznie sztucznie i – a niech użyję tego argumentu, co mi tam – niszczy immersję. Wracając do Eliota, to nie mogę uwierzyć, że to też jest postać, o której Chloe nie wspomina we właściwym LiS-ie, bo pomyślałby kto, że oddanie Warrena zapaliłoby jej kilka czerwonych lampek po tym, gdy sama musiała dzwonić na 911, żeby pozbyć się natręta. Nie rozumiem też, czemu BtS uparło się recyklingować ten wątek. Znaczy, rozumiem po Double Exposure – bo nie potrafią napisać nic nowego – ale jak mało miłego mam do powiedzenia o Chloe, tak nie sądzę, że nie pocisnęłaby kolesiowi, który nie chce zostawić jej w spokoju. Jasne, ma z nim miłe (?) wspomnienia i Eliot dość dobrze się kryje, ale nasza wypyszczona heroina za mniejsze przewinienia szła na noże (Backtalk moja miłość… powiedział nikt nigdy). Gdyby to była gra, która lepiej udawałaby, że zna się ludzkiej psychologii, to powiedziałabym, że to dyskusja na temat systemowego seksizmu, ale jako że to ponownie kazus „ludzi z wadami” w wykonaniu Deck Nice, to na dwoje babka wróżyła.
Mogłabym jeszcze trochę popisać o Before the Storm, bo to doprawdy fascynujący przykład produktu niepotrzebnego i gaslightującego utarty kanon (co w sumie jest adekwatne do charakteru Life is Strange), ale mam już dość.. Niestety powrót do korzeni Max i Chloe po latach utwierdził mnie w przekonaniu, że nie było warto tracić czasu na ten relikt storytellingu już wtedy – dziś to wyłącznie baby’s first contemporary story, ale rany, przez tę dekadę obrodziło indykami w takim stopniu, że dajcie spokój. Nie będę specjalnie rozpisywać tego podsumowywania, bo nie mam do powiedzenia nic, czego bym już nie napisała w zakończeniu do mojego tekstu o Life is Strange. Dodam jedynie, że wersja Before the Storm, którą ogrywałam na PS5, to również wersja Remastered i tej także nie polecam ze względu na te same bugi, które pojawiły się w podstawce. Nie wiem, czy nikt tego nie betował, czy to problem całej tej kolekcji na każdej platformie, ale jeżeli już musicie ogrywać pierwsze kroki LiS-a, to może nie na Playstation 5. A tymczasem ja wyruszę przejść coś, co nie okaże się (mam nadzieję) taką stratą czasu, póki nie rzucę się na Reunion i zupełnie nie utracę wiary w ludzkość.

Komentarze