Uwierz w serce kart i swojego bisha (jeśli dasz radę). Seria Hana Awase

 
Co mnie nieodmiennie zaskakuje przy przechodzeniu japońskich otome to fakt, jak bardzo w większości są one całkiem progresywne, jeśli chodzi o ujęcie związków damsko-męskich oraz konstrukcję głównych bohaterek. Zanim medium i dostępność urosły na tyle, że mogłam sama weryfikować te aspekty, liczne komentarze w internetach ryczały rzewnie, iż wszystkie otomowe awatary posiadają aparycję zahukanej żony pastora, dwie lewe ręce i zero RIGCZu. Muszę przyznać, że jako osoba, która dostęp do gatunku miała głównie przez suby do ekranizacji otome, podzielałam tę opinię, gdyż z jakiegoś powodu reklamówki tych gier zawsze odzierały bohaterki z jakiejkolwiek agency i własnego zdania. Zakładam, że to dlatego, iż jesteśmy tu dla panów, a nie głębokiej przemiany protagonistki, więc reżyseria robi wszystko, aby nie odciągać uwagi od głównego dania, zwłaszcza że musi upchnąć jakieś pięćdziesiąt godzin gry w dwunastoodcinkowy serial (i to nigdy nie wychodzi, ale to już swoją drogą). Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że to właśnie ten sentyment wygenerował do dziś dość mocno trzymający się pogląd o beznadziejnych bohaterkach otome, zwłaszcza że – nie uwierzycie – w sumie najprzystępniejszym tytułem tamtych lat było Diabolik Lovers, czyli sławetna seria o sadomaso wampirach. Do dziś ani jedna część nie została wydana na Zachodzie (który zapewne imploduje, jeśli to się wydarzy), ale DiaLo dla gatunku jest tym, czym Saya no Uta jest dla VN-ek – nie czytałeś, ale jak jesteś mangozjebem wystarczająco długo, to słyszałeś, I TO NIEJEDNO. Tamtejsza heroina, Yui, pozostająca na łasce ssących wąpierzy, niejako stała się nieoficjalnym wyznacznikiem poziomu otomowych bohaterek, co już wtedy okazało się niezwykle krzywdzące oraz zaprawione ignorancją. To ostatnie dyktowała wtedy w głównej mierze nieznajomość różnic kulturowych, a dziś nieumiejętność rozumienia kontekstu. Pytanie czemu Liliana z Piofiore, sierota, która wychowywała się całe życie w klasztorze i staje w epicentrum mafijnego konfliktu, nie potrafi rozpierdolić wszystkich serią z kałasznikowa oraz kopniakiem z półobrotu, stoi moim zdaniem w tym samym szeregu, co wyśmiewanie dubbingu Final Fantasy X ze względu na scenę ze śmiejącym się Tidusem. To samo dotyczy wcześniej wspomnianej Yui, która będąc normalnym człowiekiem (poza endingami, gdzie dowiadujemy się rzeczy, przez które zdobywa Moce™), oczywiście nie jest w stanie postawić się swoim napastnikom, no i wiecie – taka konwencja. Istnieje powód, dla którego Rejet wydaje tę grę wciąż i wciąż, i ciągnie tę serię od dziesięciu lat przynajmniej, jeśli nie dłużej. Znaczy, ja go nie rozumiem, ale za to rozumiem, że inni rozumieją i dla kogoś ssanie i bycie nazywaną Zdzirką-chan może być podniecające, każdemu jego porno. To powiedziawszy, zaryzykuję stwierdzenie, iż Diabolik Lovers to specyficzny tytuł dla konkretnego odbiorcy, świadomy tego, co chce przekazać i komu. Tu dochodzimy do dzisiejszego tematu – serii Hana Awase, czyli czteroczęściowego kolosa, który tematyką zawstydziłby niejedną wattpadowską autorkę. Nawet w ujęciu tego, co napisałam powyżej, to mój boże, gdybyście poprosili mnie o jasną odpowiedź, czy warto zasiadać do tej serii w dzisiejszych czasach, to nie wiedziałabym, co powiedzieć. Hana Awase posiada elementy, które kocham do szaleństwa – co prawda jest to głównie karcianka wpływająca w stopniu minimalnym na tematykę, którą będziemy poruszać, ALE WCIĄŻ – oraz takie, które sprawiają, że muszę się gęsto tłumaczyć z tego, czemu nie sprzedałam mojej kolekcjonerki na Allegro. Mimo wszystko nie można odmówić serii bycia doświadczeniem (i nie piszę tego ironicznie. … Okej, może trochę piszę) – nie uwierzycie mi zupełnie po przeczytaniu następnych akapitów, ale jest ona warta waszego czasu. Fabułę cechuje ambicja znana z porąbanych japońskich tytułów o taaaaaaaakim lore i piętnastu warstwach narracyjnych, a także oryginalność oraz klimat starszych tytułów, które próbowały czegoś innego. Hana Awase nie jest może najlepszą grą, ale jest jedyna w swoim rodzaju w ten intrygujący sposób i chociażby z tego powodu chciałam o niej napisać cokolwiek. I jako że HA to tyle samo radości, co frustracji, to zdecydowałam się skupić na tym, jak bardzo swoimi tropami zawstydziłoby porno-zwody znane z amatorskiej erotyki oraz czy potrafi umknąć pazurom płciowego i seksualnego regresu pomimo ich zastosowania. Jako że to będzie tekst przekrojowy, w którym muszę przeanalizować większość fabuły, to oczywiście lojalnie ostrzegam – spoilery do całej serii, kto nie grał, a czyta, ten trąba (chyba że ci nie zależy, to wtedy YOLO)!


O czym jest zatem Hana Awase? Meta odpowiedź brzmi „o wszystkim tym, co grzało tę dziką część fandomu tych piętnaście lat temu i w sumie dziś też”, ale to już wiecie, bo wam zaspoilerowałam. Główna bohaterka, Mikoto, odkrywa, że została przyjęta do Akademii Kasen, która szkoli swoich uczniów w Yu-Gi-Oh… znaczy, Kasen, tylko zamiast z egipskiej pseudohistorii zasady czerpią z japońskiej hanafudy (w tym momencie te trzy osoby z siedmiu, które czytają tego bloga, machnęły ręką i już wiedzą, że nie było dla mnie żadnego ratunku). Gra zakłada walkę w duetach złożonych z wojownika Kaei, który wykłada karty, oraz wspomagającej go Minamo będącej swoistym generatorem mocy dla partnera. Mikoto jest zafascynowana Kasen od małego, ale jej miejsce w akademii zapewnia nie miłość do gry (ani specjalne umiejętności, o czym za chwilę), lecz jej status jako możliwej przyszłej „Senki” – turbo-ultra-najprzechujowszej nad najprzechujowsze chuje Minamo, która należy się Cesarzowi. Tu się na chwilę zatrzymamy, ponieważ tych pierdyliard nowych słów nijak wam nie nakreśla, z czym będziemy się tu zmagać. Podział w karcianej drużynie trzyma się żelaznej reguły, iż Kaei jest zawsze mężczyzną, a Minamo zawsze kobietą; zdarzają się rzadkie odstępstwa, które przeważnie traktowane są jak wypaczenia, w ten czy inny sposób. I to jest pierwsza jaskółka sugerująca nie tylko status quo, ale także klimat panujący w Hana Awase. Cały motyw Minamo i Kaei mocno czerpie z tradycyjnego japońskiego przeświadczenia, iż rolą kobiety jest elewacja statusu oraz przymiotów mężczyzny (przeważnie w ujęciu mąż-żona), a także – ujmując rzecz prościej – iż partnerstwo złożone z kobiety i mężczyzny jest oparte na konkretnym podziale ról. Samo w sobie nie ma w tym nic złego tak długo, jak obie strony są zadowolone z obrotu wydarzeń i czują się swobodnie z tym, co mają/chcą wnosić do relacji. Problem w Hana Awase zaczyna się jednak w tym, do czego gra wykorzystuje tę podstawę. Jak wspomniałam wcześniej, seria jest mocno fanfikowa, a przejawia się to tak, że – w wielkim skrócie – bohaterowie są napaleni i wszystko da się sprowadzić do seksu. Rating HA to jakieś 16+, więc nie ma tu scen kopulacji i kurwa szkoda, bo może wszyscy zachowywaliby się normalniej. Ale nope, całe tutejsze lore to praktycznie Teasing: The Game i opiera się na tym, że obsada chce, ale nie może chcieć, bo świat przedstawiony. Widzicie, moce Minamo działają następująco: przez ich ciała przepływa magiczna Woda, która generuje energię, która to z kolei może wzmocnić jej Kaeia, obronić, uleczyć, itd.; to źródło zapewniające szeroki pakiet usług. JEDNAKŻE. Woda Minamo musi być CZYSTA, aby być a) silną; b) w skrajnych warunkach w ogóle działać. A KIEDY Woda Minamo jest czysta? OJ, WY JUŻ WIECIE. O tak, pożyteczność naszego generatora na dwóch nogach zależy od tego, czy zawzięcie trzyma swoją cnotę do ślubu, czy nie. To tworzy MNÓSTWO tarć między kobiecą częścią obsady, ponieważ wzorem najgorszych stereotypów i japońskich tropów, tutaj też mamy do czynienia z motywem „follow the leader”, gdzie do najlepszych graczy, będących superprzystojnymi młodzieńcami o taaaaakim statusie, ślinią się wszystkie uczennice, więc prześcigają się w tym, która zasłuży od jaśnie pana na oddychanie tym samym powietrzem. Oczywiście chłopcy robią doprawdy niewiele, aby wybić dziewczynom z głowy bicie się o ten przywilej – jeden nie zauważa, drugiemu się podoba, trzeci wierzy w to, że wygrają najsilniejsi (???), czwarty ma głowę w chmurach i nie kontaktuje, co się dzieje, a piąty wypisał się z fabuły na długi, długi czas i w sumie wygrał tym grę, o czym później. Jak o tym dłużej myślę, to Mikoto zamiast asystować w pojedynkach, gra w nich pierwsze skrzypce wyłącznie wtedy, gdy walczy z drugą Minamo, i to zawsze o chłopa albo prawo do odzywania się do chłopa (Mikoto przeważnie chce po prostu żyć i się uczyć, ale nie ma czegoś takiego w Szkole Wiecznego Patriarchatu) i eee, to nie jest walka kocic, na jaką liczyłam. Oczywiście idąc dalej tym tropem, naturalnie to na biednej niewieście spoczywa obowiązek utrzymania życia w skromności i czystości, and boys will be boys, więc spodziewamy się po nich absolutnego minimum, jeśli nie niczego. 


Szczerze, to wiem, że raczej zrobiłam zasadom działającym w Hana Awase już wystarczającą reklamę – a tyle jeszcze przed nami, ho ho! – ale po dłuższym obcowaniu ze społecznością otome, które z radością romansuje swoje red flagi, bo fikcja to fikcja i ma być fun, staram się mniej krytycznie podchodzić do (pseudo) porno schlocku typu „było tylko jedno łóżko” albo „sex pollen”. Moja granica to jednak moment, w którym jasno widać, gdzie wylewa się z autora ignorancja oraz szkodliwy światopogląd. Naczelnymi tego przykładami w literaturze kobiecej pozostają dla mnie Dwory Sary J. Maas oraz Słodki Flirt (zwłaszcza najnowsze New Gen), gdzie feminizm rozumie się bardzo pobieżnie, tudzież przez całość przebija utajniony mizoginizm. To powiedziawszy, nie sądzę, aby nienawiść do kobiet była motorem napędowym Hana Awase. To jest tytuł stojący w tym samym szeregu co Diabolik Lovers, gdzie sporo rzeczy wynika z konwencji i HA może się podobać… Ale też nie da się ukrywać, że stanowi produkt swoich czasów MOCNO (pierwsza wersja gry wyszła około 2010 roku) i nie zliczę momentów złożonych z nieprzerwanych sekwencji kolejnych scen, które prowokowały we mnie niedowierzające „dlaczego”. I tak, wracając do tego, jak wygląda życie przeciętnej Minamo, mamy całe wątki wypełnione zazdrością pomiędzy dziewczynami, bo oczywiście Mikoto jako potencjalna Senki cieszy się (rzekomo) specjalnym traktowaniem, a nic nie umie (to jest doprawdy smutne, jak wiedza Mikoto na temat Kasen nie ma właściwie żadnego znaczenia dla fabuły, o czym niedługo) i jak nikt na to nie reaguje, co gra oczywiście ubiera w kwestie honoru, zamiast zasugerować pójście z lalą do pedagoga. Szkoła magicznej karcianki ma też własne domy i w tej grze wygląda to tak, że Gryffindor i Hufflepuff posiadają różne poglądy na to, jak Minamo powinna wspierać swojego Kaeia, tzn. jak powinna się prowadzić i how much boob is too much boob! „Ciara, w co ty gra…” – cicho, jeszcze nie skończyłam, mamy jakieś… dużo stron do końca! Nawet nie zaczęłam przedstawiać amantów do wyrywania w tej grze, a to kolejna puszka Pandory. Mikoto spotyka się ogólnie z mnóstwem nieuzasadnionego nękania oraz molestowania ze strony każdej. Jej przeznaczeniem jest zostać Senki, ponieważ ma w oczach Pełnię Księżyca (Full Moon) sugerującą boski status. Nawiązanie bierze się z tego, iż całe lore Hana Awase oparto luźno na legendzie o księżniczki Kaguyi, która po odprawieniu z kwitkiem pięciu zalotników oraz cesarza powróciła do swojej ojczyzny na Księżycu. Poza Mikoto tylko jeden z absztyfikantów posiada w oczach Pełnię Księżyca i wyjaśnienie tego stanu rzeczy jest durne, ale na tę chwilę musicie tylko wiedzieć, iż to serjaz byznes… Który nie zapewnia głównej bohaterce zbyt wiele szacunku ze strony otoczenia. Dziewczynę regularnie oskarża się o niestaranie się, aby doskoczyć do poziomu najlepszych Kaei, choć daje z siebie wszystko; to jej wina, że faceci składają jej nieobyczajne propozycje albo ją obmacują, powinna być bardziej niedostępna (lol); poucza, jak postępować z mężczyznami i na tym samym oddechu ośmiesza, że jest mało doświadczona (ona ma jakieś siedemnaście lat w tej serii, tak że tego) I pewnie już myślicie, że bycie Mikoto is suffering, ale to jeszcze nie jest wszystko, PONIEWAŻ! Jej super-uber-zajebiście-fantastyczna Woda wydziela FEROMONY, od których szaleją zwłaszcza najlepsi Kaei, czyli nasze potencjalne flamy i nie tylko, i OCZYWIŚCIE, że to nie ich wina, że się na nią rzucają, bo jak można walczyć z instynktem!!! „Ciara, to czemu podoba ci się ta gra?” – KARCIANKA JEST SUPER, OKEJ?! Jest zajebista, wciąga jak Gwint! Maksowałam statystyki dla funu, choć w starciach fabularnych ruszałam się trzy razy z rzędu, taka byłam szybka! Also Hana Awase jest fanfikowe w ten przepyszny guilty pleasurowy sposób, więc choć każda kolejna scena zaglądania pod spódniczkę to krindż, to jest to krindż, z którego da się śmiać. 


… W każdym razie pewnie ciekawi was, jak wyglądają ścieżki i czemu ta gra ma aż cztery części. No więc każda odsłona jest poświęcona innym opcjom romansowym: mamy „rozdział” (jap. hen) Mizuchiego (Mizuchi-hen, itd.), Himeutsugiego oraz Irohy, podczas gdy Karakurenai oraz Utsutsu ze względów fabularnych dostali wspólny przydział. Mizuchi, Himeutsugi oraz Karakurenai/Utsutsu wprowadzają schemat Jedynej Słusznej Ścieżki; tj. dobre zakończenie przewidziano wyłącznie dla tytułowego bohatera danej części. Możemy romansować z resztą adoratorów, ale przewidziano dla nich wyłącznie bad endingi. Co nie oznacza, że ich rołty to strata czasu – dają lepszy wgląd w ich charaktery oraz myśli, a także ścieżki te gra traktuje poważnie, więc mają swój zestaw ilustracji do zdobycia. Tę konstrukcję tłumaczy główne założenie fabularne, gdzie w każdej nowej odsłonie Mikoto odradza się jakby na nowo, trafia do szkoły w innych okolicznościach i wybiera albo zostaje przydzielona do innego domu, tym samym zbliżając się do innego Kaeia. Nowa rzeczywistość określana jest mianem „nowego księżyca” zgodnie z mitologią Hana Awase i zwłaszcza Iroha ma obiecane, że pewnego dnia wypadnie jego kolej na to, aby być z księżniczką, w której niegdyś cała piątka absztyfikantów się zakochała, gdy byli dziećmi. Jak pewnie zdążyłyście wywnioskować, rozdział Irohy wygląda zupełnie inaczej – oferuje tylko jedną dłuuuuugalachną ścieżkę poświęconą jemu i… No powiedzmy, że istnieją dobre powody, dla którego prawie cały fandom się zgodził, że ta część była niepotrzebna i od czapy. Ja sama się od razu przyznaję, że w pewnym momencie się poddałam i zaczęłam ją po prostu przewijać, a bóg mi świadkiem, że udało mi się przeżyć pierdolenie w Danganronpie oraz samobiczowanie się Max w każdym LiS-ie, dużo potrzeba, żeby mnie złamać. Anyway, czas przedstawić wszystkich uczestników tej randki w ciemno i zadecydować, na ile (nie) warto się z nimi zadawać. Panów do wyrwania jest pięciu i składają się na ekipę tzw. Pięciu Świateł (od nazwy najmocniejszej kombinacji w klasycznej hanafudzie). Odpowiadają bezpośrednio dyrektorom Akademii Kasen i biorą udział w tajnych misjach (nie będę wam opowiadać o fabule głównej, bo po pierwsze jest zakręcona jak baranie rogi, a po drugie nie jest specjalnie ważna dla tego tekstu), a wszystkie Minamo teoretycznie należą do nich, choć w zależności od domu czasem przyjmowana jest hierarchia z najsilniejszą uczennicą na czele. I tak~ 

1. Mizuchi 


Mizuchi otwiera stawkę adoratorów zaskakująco wartych twojego czasu, co biorąc pod uwagę, że jest pierwszym facetem z happy endem w serii, można traktować albo jako perfidną zasłonę dymną, albo tutejszą wersję fabularnej wazeliny. To prawy chłopak do przesady trzymający się zasad oraz savoir-vivre’u, co w tym uniwersum czyni z niego jedną z najzieleńszych flag powiewających na horyzoncie. Przewodzi Domowi Żurawia (Team Crane, ale skoro już bawimy się w Hogwart, to niech będzie dom) i nie wymaga od swoich Minamo specjalnego traktowania, samemu okazując im szacunek, jaki należy się drugiemu uczniowi czy uczennicy. Mizuchi ma w oczach Kwadrę Księżyca (Half Moon), co według lore’u oznacza, że jego ród jest jakiś niedorobiony, dlatego musi bawić się w pirata, bo wstyd. W swoim scenariuszu zażywa także regularnie tabletki, które usypiają w nim demona grasującego w jego rodzie. W jego historii główną przeciwniczką Mikoto jest kuzynko-siostra Mizuchiego, która oczywiście zaklepała go przez bycie jego krewniaczką i płaszczenie mu się pod nogami przez całe życie nieproszona, nie dyskutuj. Po tym wątku wprowadzającym gra przestaje udawać i zdradza nam, że nasz partner musi brać magiczne tabletki, aby zablokować podniety, bo demon jest w połowie seksualny, a w połowie morderczy, i Mizuchiemu w miarę zbliżania się do Mikoto oczywiście zaczyna sta… odpierdalać. Mamy na przykład taką wesołą scenę, kiedy nasza parka idzie do biblioteki się pouczyć, a potem dzieją się rzeczy i Mizuchi zaczyna w napadzie chuci badać Mikoto, co tam ma pod spódniczką. Szczęśliwie atakują nas demony (miejscowe Yu-Gi-Oh to forma walki z demonami, które opanowały miasto), a potem Mizuchi przeprasza, że olaboga, ale go poniosło, a Mikoto na to, że już-już, każdemu mogło się zdarzyć, and I am like 


Mikoto jest turbo dziewicą, więc na każde zbliżenie – zwłaszcza takie z cyklu „snuggle with a struggle” – reaguje paniką; Mizuchi z kolei jest turbo prawiczkiem, więc na każde zbliżenie reaguje jak prawdziwy mężczyzna z pornola i NIE MOŻE SIĘ POWSTRZYMAĆ OMG CO TO JEST BRAND NEW WORLD, i błagam, uwierzcie mi, że to wciąż jedna z najspoko ścieżek. Tę opinię usprawiedliwiam tym, że Hana Awase na koniec dnia to romans z prawie samymi opcjami yandere i z radością pławi się w tym, jacy wszyscy tu są pojebani. Mizuchi, wbrew pozorom, na tle innych propozycji jest wcale normalny i większość jego problemów wynika z seks-demona, który tak naprawdę nie jest seks-demonem, i gra próbuje nas przekonać, że to demon-morderca w pierwszej kolejności, ale ja niestety gram Mikoto i regularnie dostaję propozycje tego innego sortu, więc dla mnie to zawsze będzie seks-demon. Anyway w tej części złe zakończenia są takie, że albo dopada nas dziadek Mizuchiego, który stwierdza, że poświęci pół klanu, żeby Mizuchi miał se ten swój Cały Księżyc, albo dopada nas Mizuchi, który przegrywa z ciężarem win dziadka i seks-demonem, i umieramy. „O, więc nie zostajemy seksualnymi niewol…„ – nie, moje drogie, ponieważ TO czeka nas w bad endzie Mizuchiego w części Karakurenaia, gdzie Mizuchi zmusza nas do zamążpójścia i rodzenia mu dzieci. A potem mordują nas i tak, bo bardzo dużo osób chce zabić Mikoto, po czym Mizuchi popełnia samobójstwo, bo z jego mózgu po zaliczeniu kolejnych poziomów wtajemniczenia na drodze ku yanderowemu oświeceniu i tak wiele nie zostało. Good stuff! 


2. Himeutsugi 


O, tej francy nie lubię! Jak w przypadku Mizuchiego można mówić o „jo nie chcioł, jo nie wiedzioł”, tak tutaj wszystko wiadomo od początku, tylko Mikoto mydli sobie sama oczy, bo to niemożliwe, żeby mój miły i kochany senpai był taki dwulicowy, prawda? NIEPRAWDA, Himeutsugi to najcieńszy flet w tym zestawieniu i ani razu nie było mi go szkoda, chociaż gra dwoi się i troi, aby sprzedać ci jego tragiczną historię. Ja oszukana poczułam się podwójnie, ponieważ myślałam, że Hana Awase w jego części powie coś ciekawego w kwestii gender, ale potem fabuła stwierdza, że tak właściwie to jest o chuci, a tutaj łatwiej trzymać się podziału na Nefrytową Grotę i Nefrytową Włócznię, więc większość problemów moralnych wynika tutaj z tego, że nikt nie jest zadowolony ze swoich „wypaczeń”. Himeutsugi mianowicie jako mężczyzna potrafi kontrolować Wodę, co jest nie tylko niespotykane, ale też wychodzi mu to niesamowicie dobrze. W ultrapatriachalnym uniwersum Hana Awase to oczywiście grzech pierwotny, ponieważ każdy chłopiec to wojownik, a każda dziewczynka to healer, co oznacza, iż głowa Domu Blasku Księżyca (Team Moonlight) co i rusz musi wysłuchiwać, jaka z niego pizda od co bardziej wypyszczonych członków Pięciu Świateł (chociaż sam umie walczyć całkiem przyzwoicie). Tutaj na pełnej zderzają się pociągi toksycznej męskości i niewywiązywania się z roli narzuconej przez społeczeństwo, i to byłby ciekawy temat, gdyby nie to, że to Mikoto musi dzwonić po policję, wyciągać rannych z kraksy i pamiętać, żeby się nawadniać i rozciągać co dwie godziny. Himeutsugi sam siebie nazywa „księżniczką każdego”, co oznacza tutaj tyle, iż pozostając jednym ze szkolnych idoli, jest „mężczyzną bezpiecznym”, czyli takim, który nigdy nie przekroczy granicy i nie będzie cię pożądał seksualnie, ponieważ na nieboskłonie płciowego podziału jego rola Minamo (niekonwencjonalnej, ale wciąż) ma pierwszeństwo nad prawami, jakie posiada genderowy mężczyzna. I to na papierze brzmi niesamowicie ciekawie, bo Hime jest uwięziony zawsze tak długo, jak mowa o rolach w społeczeństwie i tym bardziej w Kaen, gdzie podział tychże ról jest podkręcony aż do przesady. Niestety gra decyduje się iść w najnudniejszy i najmniej sympatyczny sposób przedstawienia tego konfliktu i robi z głównego aktora smutnego incela, który chciałby poruchać i nie może, bo przecież „obiecał” tym wszystkim osobom, które wymagają od niego wpisywania się w ten konkretny schemat… Który zresztą sam sobie narzucił. Owszem, jest tu trochę więcej zaplecza fabularnego, że Hime poza byciem Minamo ma jeszcze super hiper przeklętą moc polegającą na tym, że potrafi niszczyć i tworzyć nowe wymiary, i dlatego jego ród też jest wyklęty, i musi robić, co mu każą, i dlatego się nie wychyla, i dlatego próbuje zadowolić każdego, ale cały ten niuans trafia szlag w momencie, gdy zaczyna sprowadzać się do „facet chce lizać się z laskami jak kolega Karakurenai, ale mu nie wolno”. Mamy więc rozliczne sceny, w których nasza flama wyrzuca w monologu wewnętrznym Mikoto, że patrzy na innych chłopów, a nie na niego i czemu; jest mnóstwo zamykania w klat… pokojach i stwarzania SYTUACJI; znajdzie się również pchanie bohaterki w ramiona innego, bo „tak być powinno”, a potem wypominanie, że jak tak można, przecież on cię kocha najbardziej, ale z ciebie szmata. Notabene Hime i Mizuchi to najlepsi przyjaciele, ale dobrze widać, że to taka znajomość jednostronna, bo Mizuchi (kiedy nie jest pod kontrolą seks-demona, więc przez 85% czasu antenowego) to najbardziej prostolinijny człowiek w obsadzie i on nie czai, że gra rolę głównego pionka w incelskich szachach 5D kolegi, ciągle uważając go za swojego funfla, i po czymś takim też trudno mi trzymać z moją docelową flamą, która kopie dołki pod kumplem, bo nie może/nie chce/chuj wie umoczyć. Like, czemu my wszyscy musimy uczestniczyć w tym problemie. Wątek tego rozdziału w ogóle skręca w całkowicie inną stronę, bo chyba sama gra rozumie, że tu właściwie trudno cokolwiek zaproponować, kiedy facet jest tak żałosny, więc okazuje się, że jakaś mała dziewczynka o jeszcze większych mocach kocha Himego za bardzo, dlatego chce mieć go na wyłączność, i wiecie co, zmieniam zdanie, ten incelski wątek nagle z kategorii „koszmarne” przeszedł do „ja pierdolę, w co ja gram” (still had fun, tho, chociaż przez łzy). W całość zamieszana jest jeszcze inna postać, której istnienie napsuło mi krwi, a mianowicie Kagami, oficjalnej Minamo prowadzącej Team Moonlight. W tym przypadku mamy do czynienia z odwróceniem ról, ponieważ Kagami to chłopczyca, która z jednej strony jakby lepiej się odnajduje na swojej pozycji księcia szkoły (w myśl zasady, że gdy baba przebiera się za chłopa, to jest cool, ale kiedy chłop przebiera się za babę, to wy już wiecie co). Z drugiej jednak widzimy też przebłyski tego, że wolałaby pozbyć się balastu wtłoczenia w formę, w której nigdy nie będzie wystarczająca jako kobieta. Kagami podobnie jak Hime tkwi w trójkącie relacji ze wspomnianą wcześniej małą dziewczynką i chciałaby być jej ulubienicą (just in case nie martwcie się, ta gra nie przekracza granicy „miłości na zabój”; tu toksyna wynika z tego, że mała dziewczynka chce posiadać ludzi jak zwierzątka, a nie że mała dziewczynka jest przedmiotem albo podmiotem w relacji, której nikt normalny nie ma ochoty tknąć stukilometrowym kijem), ale jako reprezentantka tej niewłaściwej płci, która tylko udaje idealnego mężczyznę, nigdy nim nie będzie i tym samym nie zasługuje na aprobatę. Ponownie mógłby być z tego ciekawy wątek, gdyby twórcy z głupia frant nie zaczęli wsadzać bohaterce mizoginistycznych tekstów do ust typu „na koniec dnia jestem kobietą, a kobiety są zakłamane, więc teraz wbijam ci nóż w plecy, c’est la vie”. Chciałabym napisać, że scena ma trochę więcej niuansu, ale nope, to nie ten kazus i Kagami zaczyna nam wylewać swoje żale na to, jak to jest przedstawicielką tej chujowej płci i ona sama jest chujowa, bo nawet nie wpisuje się dobrze w jej schemat. Tak że no, absolutnie nikt nie wygrywa w Himeutsugi-hen, a najmniej ja, więc idźmy dalej. 


3. Karakurenai 


„Ciaro, może więc wygrywamy tutaj?” – well, do I have news for you. Czy marzyłyście zawsze o mężczyźnie, który zaprosi was do swojego domu słowami „ja wiem, jak traktować kobiety”? I ohohohoho, po poprzednich opisach wy już pewnie się domyślacie, o jakie traktowanie kobiet chodzi! Karakurenai złapie cię za cycki, przyszpili do ściany i powie, że fajne nogi, o której się rozkładają? To jest ścieżka, na której dowiadujesz się, że jesteś głupia, bo spędzasz czas z prawiczkami pokroju Mizuchiego i Himego, kiedy mogłabyś być Z PRAWDZIWYM MĘŻCZYZNĄ. Tutaj nie bawimy się w żadne yandere-podchody; tutaj potęgą seksizmu i lepkich rączek bierzemy, co chcemy, nazywamy rzeczy wprost, ruchamy bez ruchania, bo szkoła nie pozwala! Ale gdyby mógł…! GDYBY MÓGŁ! To byś w jego łóżku chciała spędzić całe życie! Przecież wszystkie Minamo z Domu Wiśni (Team Cherry Blossom) nie mogą się mylić, prawda? A te w ogień skoczą za swoim Kaeiem, co Mikoto nieodmiennie dziwi, ponieważ jak to tak, iż w szkole, która tylko przypadkiem nie jest chrześcijańska, istnieją uczennice, które lubią być jedną z wielu? Inne godne pochwały zachowania Karakurenaia to obrażanie wszystkich wokół, nieprzestrzeganie konwenansów (ya don’t say), chodzenie po miejscach, gdzie nie wypada uczniom prestiżowej szkoły, a także bycie wrzodem na dupie grona pedagogicznego. Ale jako że jest reprezentantem jednego z najpotężniejszych rodów w mieście (i spadkobiercą całego klanu) oraz drugim najsilniejszym Kaeiem po Irosze, to wolno mu wszys… no nie, w sumie wolno mu wszystko, bo to Hana Awase

Ale… ale… Słuchajcie. 


Słuchajcie. 

 
SŁUCHAJCIE. 


Karakurenai to najlepsza postać w grze. *chowa twarz w dłoniach*

„Ciaro, jak głęboka jest ta królicza nora” – BARDZO JEST GŁĘBOKA, OKEJ. BARDZO. So. Karakurenai to trochę postać z cyklu „pół biedy jak jest, ale cała bieda, kiedy go nie ma”, ponieważ tak, do połowy scen chłopak wpada, aby kogoś zelżyć albo wymacać Mikoto. Ale potem wpada ta druga połowa scen i oh my god, jeszcze nigdy te tkwiące we mnie dwa wilki wichrów namiętności nie walczyły tak do upadłości. W każdej chwili, w której Kurenai nie pamięta, by robić za pomnik skumulowanego seksizmu, jest on najmądrzejszą, najbardziej ogarniętą i najaktywniejszą osobę w obsadzie. Kiedy gra zaczyna przymulać, a bohaterowie miotają się trzydziestą minutę nad tym, co teraz, jego pojawieniu się zawsze towarzyszą fanfary, bo już wiesz, że będzie się działo. Kurenai robi, a nie gada, a jak robi, to robi z głową, ponieważ scenariusz rzeczywiście przedstawia go jako kompetentnego gracza w Kasen z punktami wsadzonymi w Strength i Zajebistość. I powiem wam szczerze, że w historii, gdzie połowa chłopaków chowa się za parawanem niedomówień, bo albo nie chce rozmawiać o swoich uczuciach (Himeutsugi, ta zakłamana menda), albo nie potrafi (Mizuchi), jego bezpośredniość jest mega odświeżająca. Zwłaszcza że Karakurenai dość często pozwala masce miejscowego buca opaść – głównie wtedy, kiedy jesteśmy wspólnie na misjach, ponieważ wtedy załącza mu się tryb opieki nad jego Minamo (i już wiesz, czemu go tak uwielbiają), a do głosu dochodzi jego dojrzałość. Najwyraźniej widać to w rozdziale mu poświęconym, ale ogólnie chłopak wydaje się najlepiej rozumieć swoją rolę jako głównego wojownika oraz reprezentanta rodu, który ma chronić ludzkość, i dlatego łatwiej mu podejmować trudne decyzje w krytycznych momentach. A także wykonywać misje moralnie dwuznaczne, ponieważ jego wymykanie się po nocach służy niszczeniu cieni i szukaniu informacji na temat miejscowego złola. I skoro już i tak się pogrążam, broniąc zboczeńca, to co mi tam – he’s kinda hot, okay? Kurenai najlepiej sprzedaje ten orientalny czar samuraja, który, jak sam mówi, do szczęścia potrzebuje „krwi rozbryzgującej z wroga za dnia, pięknej kobiety u boku w nocy”. Jeden element Hana Awase, który bardzo lubię – kiedy mu wychodzi – to gdy trafia właśnie ze sprzedawaniem erotyki za sprawą swego folkloru oraz atmosfery. Ta gra potrafi być sexy, kiedy odchodzi od molestowania; kiedy wchodzimy w tematy tego, jak kobieta i mężczyzna dopełniają się wzajemnie, unii dusz, etc. I u Karakurenaia moim zdaniem wychodzi to najlepiej, bo za sprawą tego, jak łatwo mu nazywać i mówić o swoich uczuciach, oraz tego, jak też Mikoto udziela się ta bezpośredniość, ich związek krąży najmniej wokół tego, jaką ma naturę i skupiamy się właśnie na tym konkretnym fluffie i grzaniu jajników. Rozdział naszego amanta jest dość często wymieniany jako zawód, ponieważ z przyczyn niezależnych od niego, spędza on większość czasu martwy i jako duch przykuty do głównej bohaterki. Moim zdaniem akurat ta rozłąka i brak fizyczności idealnie pasują do dynamiki tej pary – Mikoto ma tutaj mnóstwo rozkmin na temat tego, że właśnie nie chce być jedną z wielu, tylko mieć Karakurenaia wyłącznie dla siebie (wow). Tutaj też dowiadujemy się, czemu jego Minamo go tak szanują – ponieważ Kurenai szanuje je i ich umiejętności równie mocno, spędza z nimi regularnie czas i wszystkie obcałowuje tak, że żadna nie czuje się pominięta (to japońska gra, deal with it), jednocześnie grając z każdym w otwarte karty i szanując ich inteligencję. W każdym razie, kiedy każde mierzy się samotnie z sytuacją, łatwiej im przeanalizować i dostrzec swoje uczucia, niż kiedy skaczą sobie do gardła i straszą macaniem. Mikoto przez całą serię potrafi mieć momenty totalnego RIGCZu, ale moim zdaniem najwięcej ma ich w tej grze i na tej ścieżce, gdzie ona po prostu tego chłopa chce i tu w sumie dostajemy scenę, które stoi najbliżej seksu. Oczywiście nie musicie mi ufać w kwestii oceny tego route’a – fakt faktem dostajemy go po dwóch częściach, w których większość czasu antenowego głównego amanta to podchody do molestowania i lubienie Kurenaia to… wybór. Zajebiście ciężki wybór. Ale dziś przywdziewam maskę szopa pracza, wskakuję w śmietnik i czekam na mojego samuraja – są takie odcienie czerwonego, które lubię nawet ja, I guess.


4. Iroha 

Tutaj muszę się przyznać, że rozdział Irohy to prawdziwy powód, dla którego piszę ten tekst, więc domyślacie się już, że będzie grubo. To kawaler, na którego trzeba zasłużyć i trzeba zasłużyć MOCNO, ponieważ jeśli z jakiegoś ukochałaś ten nieszczęsny zlepek pikseli najbardziej z przedstawionej stawki, to przez trzy części jesteś świadkinią spektaklu pokazów miłości tak tragicznej i tak przeklętej przez gwiazdy, że reszta chłopaków może się chować ze swoim cierpiętniczym wzdychaniem (chyba że jesteś Karakurenaiem, wtedy to machasz ręką i idziesz ruchać dalej). Trochę przesadzam dla efektu dramatycznego, ponieważ to nie tak, że Irohy obowiązkowe złe zakończenia w poprzedzających jego rozdział odsłonach są smutniejsze czy na pełniejszej kurwie co kolegów. Towarzyszy im jednak inny wydźwięk, ponieważ jak reszta amantów nie pamięta poprzednich „księżyców”, tak przywódca Domu Nieśmiertelności (Team Immortal) zawsze zachowuje wiedzę, że w przeszłości wydarzyło się Coś™, co na zawsze wypchnęło go z wyścigu po rękę Mikoto i jego kolej nigdy nie nadejdzie (choć najwyżsi twierdzą inaczej). Iroha bimba się więc między okazywaniem dziewczynie jawnej niechęci, bo nie zasługuje na nic poza wiecznym wypominaniem jej, że jako przyszła żona cesarza nie jest wystarczająca dobra w karty/elegancka/pilna/wstaw co chcesz, a śpiewaniem „AGONY!!!!” po szkolnych kątach. I jeszcze żeby to drugie było chociaż zabawne, ale niestety to ten przypadek faceta, który na jednym oddechu obraża się na ciebie za oddychanie, żeby w następnym uderzyć w monolog wewnętrzny, żeś ty słodziutka jak króliczek, już on cię obroni przed wszystkim, a zwłaszcza samą sobą i wiesz co, spadaj na drzewo, frajerze. Z Irohą jest też wyraźnie coś nie tak (bardziej niż to, co przed chwilą napisałam), a mianowicie ma on bardzo nikłe pojęcie o społecznych zasadach i ogólnie bliżej mu z zachowania do kosmity, niż zdrowego i funkcjonującego człowieka. Chłopak je tylko cukierki i śpi, gdzie popadnie, potrafi zdjąć ubrania na twoich oczach, zamiast iść się przebrać do swojego pokoju, i ogólnie poza graniem w karty, co potrafi na milion pięćdziesiątym danie, to nie nadaje się do niczego, co dawno opanowali zwykli śmiertelnicy. Czy już wam zapłonęły majteczki? No mi nie, więc nie czekałam na rozdział Irohy, ponieważ „atrakcyjność” tej postaci – poza oczywiście windowaniem na maksa tropu tragicznych kochanków – polega na tym, że jest największym idolem w szkole, jest taaaaaki chłodny i niezainteresowany dziewczynami (tobą przez 95% czasu też nie, chyba że jesteś na jego ścieżce i akurat wypadł czas na zachwycanie się), i czego to on nie potrafi (w kartach). A, i jest bishem, ale IMO w grze, w której to obsada decyduje, kto ma szansę wygrać konkurs na Miss i Mistera Mokrego Podkoszulka, choć wszyscy są tak samo piękni, to nic nie znaczy. 


No więc w chwili, gdy już nadchodzi kolej Irohy, gra całkowicie wyrzuca podział na ścieżki i wrzuca nam coś na miarę true endingu/answer route’a, który nie odpowiada na żadne pytania, a ending serwuje tak durny, że wróciłam myślami do poprzednich części. Nie będę wam streszczać całości, bo to fever dream – pojawia się milion nowych postaci, z czego mamy nawet Mary Sue, która jest we wszystkim lepsza od Mikoto, a potem okazuje się jej córką z przyszłości, w której nasza protagonistka związała się z kimś innym, a nie z przeznaczonym jej Irohą, I TO TEŻ JEST KANON, bo okazuje się, że rzeczywistość rzeczywistości nierówna, i jak te poprzednie trzy, gdzie serce flamy wygrali Mizuchi, Hime i Kurenai się nie do końca liczą (ale chłopcy dalej cię kochają nad życie i życzą ci powodzenia), tak są jeszcze dwie, które są endgame’em i jak dojdziemy do Utsutsu, to wam powiem, czemu akurat to jest dobre w tym uniwersum. Ogólnie rozdział Irohy ma konstrukcję baaaaaardzo leciwego fanfika, i to ta część Hana Awase, gdzie ten stary styl pisania na „uważam, że Hermiona powinna być z Draco, a Harry ze Snape’em” totalnie się nie sprawdza. Poza Mary Sue-córkami, próbuje się tu po raz czwarty opowiedzieć tę samą historię, ale jednocześnie wytłumaczyć wszystko i nic, więc Mikoto po raz kolejny trafia do Kaen, ale tym razem nawet poznajemy cesarza osobiście, i to on namawia Irohę, aby zajął się jego przyszłą żoną, ale on nie może z nią być, bo wie, że mu nie wolno i się wzbrania, na co cesarz mówi, że zamknij paszczę i się zajmuj, ja ci ufam, a ona ma być gotowa, ale grze się wydaje, że bycie bucem to to, co nas kręci w bishach, więc teraz cierpimy razem z Mikoto, KTÓRA NAWET NIE JEST GŁÓWNĄ BOHATERKĄ TEJ CZĘŚCI, ponieważ narratorem staje się Iroha. A wiecie czemu? Iroha jako jedyny poza Mikoto posiada pełnię księżyca w oczach. A wiecie CZEMU? Ponieważ IROHA I MIKOTO SĄ JEDNĄ OSOBĄ, JEDNYM KSIĘŻYCEM PODZIELONYM NA DWOJE, PONIEWAŻ IROHA ODDAŁ SWOJE ŻYCIE ZA MIKOTO KTÓRA MIAŁA UMRZEĆ TYCH X LAT TEMU I ONA SOBIE ŻYJE JAKO NORMALNA NASTOLATKA A ON JEST TAKIM ROBOTEM BO ON ODDAŁ JEJ SWÓJ KSIĘŻYC CZY COŚ TAM ALE TAK NAPRAWDĘ SĄ JEDNĄ OSOBĄ I KIEDY NADCHODZI KOLEJ IROHY TO WRESZCIE ICH WSPÓLNY KSIĘŻYC ŁĄCZY SIĘ W JEDNO I TO JEST SELFCEST BASICALLY CZYMOGĘJUŻIŚĆGRAĆWKARTYPLZ 


„Ciaro, ja nic nie rozumiem z tego opisu” – dobrze, to teraz wiecie, jak ja się czułam, gdy w to grałam, bo też nie rozumiałam NIC. Rzeczy się dzieją, więc poznajemy szybko Mary Sue-córkę Mikoto, która przybywa z tej innej rzeczywistości, bo musi ratować mamę, a wraz z nią przybywa potencjalny Amant Nr 6, ale nie, to wychowanek Mikoto i jej męża z alternatywnego kontinuum, gdzie para prowadzi sierociniec. Mary Sue-córka wypisuje się aktywnie z fabuły dość szybko, bo jednak nie wolno jej tak mocno ingerować w bieg wydarzeń, więc ogranicza się do występowania w scenach z ezoterycznym pitu-pitu z Amantem Nr 6. Iroha marudzi, że nie chce być partnerem Mikoto, bo jest głupia i ma wszy, a poza tym to on żywi do niej dużo uczuć (legenda głosi, że niektóre z nich są nawet pozytywne) i woli być cesarzowi wierny, niż podbierać mu laseczki. Musimy czytać te wszystkie wyziewy z jego perspektywy i jak nie znosisz motywu tsundere, w którym występuje samo tsun-tsun i to w wydaniu tak bucersko-przemocowym, że zawstydziłoby wszystkie bohaterki Love Hina razem wzięte, to głowa od przewracania oczami zaczyna cię boleć już tak w dziesiątej minucie. W tej części pojawia się też sporo gwałtów i grożenia gwałtem – ja wiem, że zjechałam już tę grę wzdłuż i wszerz, bo wszyscy albo Mikoto macają, albo próbują zajrzeć jej pod spódniczkę, albo obie te rzeczy naraz, no ale powiedzmy, że to się utrzymuje w tej poetyce „mam czternaście lat, zaczynam dojrzewać i próbuję jakoś rozładować ten natłok uczuć”. W Iroha-hen z kolei mamy cały wątek ojca wykorzystującego córkę, który naprawdę nie musiał być tak obrazowo przedstawiony, a także przydługą scenę, gdzie Mikoto zostaje porwana o tak o przez złowrogą organizację, która zostawia ją nagą z przyzwanym potworem i wy już wiecie w jakim celu. Nie użyczymy w tej grze scen 18+, tak jak i w poprzednich częściach, ale tutaj dość mocno ocieramy się o poziom subtelności Katarzyny Michalak, i nie jestem w stanie tego wybronić. Jak wspomniałam wcześniej, rozdział Irohy kolektywnie został uznany przez fandom za część niepotrzebną, a przynajmniej taką, którą zdjęła wrotki i już nigdy nie obejrzała się za siebie. Aczkolwiek ma jeden plus – będący jednocześnie kopniakiem w zęby, bo musisz się przebić przez to koszmarne wodolejstwo, aby do niego dotrzeć – ale ma! 

5. Utsutsu 
 

Utsutsu to ten amant, który wypisał się z fabuły (mądrze), a zrobił to tak umiejętnie, że w rozdziale Irohy jemu drugiemu ostaje się happy end Mikoto, o którym wspomniałam jako jedynym plusie tej części. Chłopak pojawia się dopiero w trzeciej odsłonie serii – w poprzednich dwóch wspomina się o głowie Domu Feniksa (Team Phoenix), która zaginęła jakiś czas temu i nie mianowano nikogo nowego na jej miejsce. Dlaczego Utsutsu przepada, dowiadujemy się w ostatniej części – chłopak posiada zajebistą moc spełniania życzeń na zasadzie równej wymiany i razem z Irohą dogadali się, że przepiszą rzeczywistość tak, aby Mikoto przeżyła w dniu, w którym dane jej było umrzeć. To i kilka innych wydarzeń zapoczątkowało księżycowy cykl, gdzie każdy z trzech z pięciu przyjaciół dziewczyn miał mieć swoją szansę na życie z nią (czyli Mizuchi, Karakurenai i Himeutsugi), podczas gdy Utsutsu oraz Iroha zostali wypchnięci z tej kolejki, rzekomo na zawsze. W pewnym momencie jednak rzeczywistość się wykoleiła, a Utsutsu, który ma obsesję na punkcie Mikoto, jakoś wkręcił się w cykl Kurenaia jako opcja numer dwa (dlatego mają wspólną grę). Powiem szczerze, że nie dziwię się, czemu historia postawiła akurat na tę parę jako finałowe opcje. Znaczy, Iroha jest tu tylko dlatego, iż rzekomo kochał Mikoto tak bardzo, że oddał partię swojej duszy/zgodził się z nią rozdzielić, aby nie umarła. Utsutsu teoretycznie też, z tym, że on nie istnieje w niektórych rzeczywistościach wcale, ale w jego przypadku nie muszę udawać, że wierzę w jego wielkie uczucie. Choć to bardzo szczenięca miłość, to jego i Mikoto razem ogląda się bardzo przyjemnie. Nie ma tutaj żadnego macania ani molestowania, i nasza bohaterka spokojnie i na własnych warunkach decyduje, kiedy wskakujemy z intymnością na wyższe tory. Oczywiście znajdzie się tu też wielka tragedia, ponieważ Utsutsu poza byciem miejscowym dżinem jest też chodzącą czarną dziurą/bombą zegarową zdolną pochłonąć cały świat, jeśli się zdenerwuje i w sumie cały suspens tej ścieżki polega na tym, na ile chłopak czuje się zagrożony przez wszystko inne w kwestii bycia ze swoją flamą. Tak, to jest ten element fanfikowy, gdzie dosłownie romansujemy Woobie, Destroyer of Worlds (z równie śmieszno-żenującymi kwestiami typu „żegnaj, okrutny świecie, teraz gramy w karty, lol”), więc najwyraźniej taki Hana Awase założyło sobie wspólny mianownik, jeśli chodzi o swoich winning guys. Moim zdaniem – choć wolę, kiedy moje opcje romansowe są dojrzalsze – Utsutsu i Mikoto pasują do siebie idealnie, dlatego jeżeli gra zmusza mnie do przyjmowania jakiegoś true endingu, to na pewno nie będzie nim ten z Irohą, bo nikt na to nie zasługuje. Jak się zapewne domyśliłyście, Mary Sue-córka pochodzi właśnie z tej rzeczywistości i przybywa do naszego „czasu”, aby obronić swoich rodziców przed machlojkami miejscowych złoli. Widzicie, nawet mają dziecko, które im wyszło. OTP jak się patrzy. 

Ufff, doczłapałyśmy się do końca i cóż to była za przygoda! Czy polecam Hana Awase – ba, oczywiście, że tak, napisałam wam to z pięć razy na początku. Ale nie będę wam ściemniać, że to acquired taste, bo lol, nikt w to nie uwierzy po tej ścianie tekstu. To bardzo fanfikowy tytuł, który ma swoje momenty i ambitną fabułę, którą niestety na dno ciągnie takie sobie angielskie tłumaczenie. To nie tak, że nie da się zrozumieć, co się dzieje, ale z takim nagromadzeniem odniesień do folkloru, tu potrzebny był dobry tłumacz, którego developer po prostu nie chciał zatrudnić. Anyway, Hana Awase najbardziej spodoba się miłośniczkom wattpadowych trainwrecków i starych mang shoujo, gdzie rzucanie na łóżko było oznaką wielkiej miłości. I to w sumie najlepszy wybieg, jaki mogę zastosować w ocenie tego dzieła, ponieważ dość trudno wyłuskać tu coś więcej – uważam, iż tematyka silnego podziału na role męskie i żeńskie wpada tu po to, aby otworzyć wrota do fanserwisu, ale oferuje trochę za mało mięsa ponad to, aby dało się napisać o jego motywach pracę na zaliczenie. Dziewictwo, które daje moc i odzyskiwanie mocy poprzez kontakt fizyczny (nie wspominałam o tym? A tak się odradza Wodę w Minamo! To JEST wattpadowski fanfik!) to ichnia odmiana jednego łóżka oraz sex pollen, a taki Karakurenai wpada jako ucieleśnienie MĘSKIEGO MĘŻCZYZNY, który cię na to jedno łóżko rzuci. Cytując klasyka: „to po prostu dobry seks”. No dobra, niekoniecznie, nie ma tu ani jednej sceny 18+, ale wiecie, o co chodzi. Ja jestem nudna, więc mnie najbardziej podnieca karcianka, ponieważ tutejszy Gwint jest przefantastyczny i wiecie co, możecie mieć w pompie całą grę, ale karty, mówię wam, idźcie pograć w karty!!!

Komentarze