Persona 3 (Bis) Portable

 
Myślałam, że trochę dłużej zejdzie mi powrót do Persony 3, choć kupiłam Portable prawie od razu po przejściu Reload, gdyż-ponieważ a) było na przecenie, duh; b) zachłysnęłam się możliwością i hejtem na Atlus za niedodanie żeńskiego awatara, ale oto jesteśmy o wiele szybciej, niż się spodziewałam, I guess. Czy zatem milionowa odsłona trójki jest lepsza niż ta milionowo-pierwsza? Tak i nie. Ale na początek chciałabym podzielić się inną refleksją, a mianowicie taką, iż po przejściu trzech nuPerson uważam, że dobrze byłoby dla tej serii, gdyby zajął się nią ktoś z większym talentem. Niekoniecznie ambicjami, bo malkontenckie narzekania Atlusa co i rusz na to, że tego nie będzie i tamtego też nie już mnie utwierdziły w przekonaniu, iż to ma być seria dla nastolatków płci męskiej, którzy odkryli wczoraj dojrzewanie, and that’s okay, nie wszystko musi być dla każdego, niech sobie robią swój mokry sen, a ja odpalę Bayonettę dla własnych fantazji. Ale po stoczeniu szeregu ultranużących walk w Tartatusie i stopniowym obniżaniu poziomu trudności aż do najłatwiejszego, ponieważ napierdalanie w damage sponge co dziesięć pięter, które wpadają wyłącznie dlatego, bo programiści nie potrafili wymyślić takiego systemu walki, który jednocześnie stanowiłby wyzwanie i robił użytek z istniejących zasad, nie ma nic wspólnego z dobrą zabawą, przypomniałam sobie (znowu) jak równo zero szacunku mam dla gier, które z premedytacją rzucają się, aby marnować mi czas. Zwłaszcza w tak mało finezyjny sposób – tysiąc żywiołów i pięćdziesiąt wersji fizycznego ataku, a i tak finałowy gauntlet minibossów złożony zostaje z potworów odpornych na wszystko. A potem wchodzisz w internety sprawdzić, kto jest uważany za high tier postaci, widzisz tam tylko te, które potrafią obniżać i podwyższać statystyki, i uświadamiasz sobie ze strachem w oczach, że to naprawdę jest seria, która za szczyt gameplayu uważa setowanie jednego ataku przez pięć tur, aż już nałożysz wszystkie -kundy i -kaje jakie tylko się da DLA TEGO JEDNEGO MEGIDO WOW MUCH EXCITE 10/10. I tylko to, ponieważ każdy inny żywioł jest wchłaniany albo blokowany, tak że narazeczek, Mitsuru, z tą swoją wysoką magią to ty możesz sobie sama wiesz co. To samo mogę powiedzieć o fabule oraz Social Linkach, choć tu sprawiedliwie muszę dodać, iż trochę się prosiłam o rozczarowanie, ufając internetowym peanom, iż „Persona wielkim poetą był”, kiedy tym poetą jest „tylko” przyzwoitym i to wtedy, gdy ma dobry dzień. Still jak na serię wymienianą na na tym samym oddechu obok takich hiciorów jak Final Fantasy, oczekiwałam czegoś, co może nie wyrzuci mnie z kapci, ale okaże się solidnym tytułem od początku do końca. Long story short: dajcie tej serii lepszych battle plannerów i scenarzystów, bo ma potencjał, ale nie kiedy na każdym kroku odnoszę wrażenie, że pracują przy niej ludzie zmęczeni życiem albo nad którymi stoi Sega stukająca palcem w zegarek. Symulator szkoły jest fajny, romansowanie z Shinjim też, cała reszta tak sobie albo prawie wcale, ganbatte. 
 

Okej, pohejtowałam, to teraz przejdźmy do tego, w czym Persona 3 Portable jest lepsza od rimejku. Na początek kontrowersyjna opinia osoby o wysublimowanym guście – Social Linki prezentują się o niebo lepiej w formie visual novelowej. Kto czytał mój poprzedni wywód o Reload i Royal, ten wie, że rozbicie jednej niezbyt lotnej znajomości na dziesięć miniodcineczków złożonych z czterech dialogów na krzyż zaliczam do kategorii „lol, nope”. ACZKOLWIEK. Wszystko zmienia się, kiedy te drobinki tekstu, do których ktoś na siłę dorobił cutscenkę, animacje oraz loading screen, zostają podane JEDYNIE jako narracja. Wtedy rzeczywiście interakcje wydają się dłuższe i pełniejsze; do tego pierwszego przyczynia się w pewnym sensie wielkość ekranu przenośnej konsolki, ale z drugiej strony to też pewna sztuka rozbić tekst w taki sposób, aby przekazać kontekst i treść w koherentny i odpowiednio emocjonalny sposób. Przemawiają do mnie takie rzeczy i do dziś uważam, że visual novel pomimo bycia gloryfikowaną książką potrafi zaproponować niesamowite rozwiązania, których próżno szukać w innych gatunkach. Takie P3P to dobry przykład na to, jak kompetentnym łamaniem tekstu i budowaniem atmosfery poprzez opisy i minimum wkładu audiowizualnego da się wywindować wartość krótszej formy. Do tego dokładam też zmianę punktu widzenia – choć tylko kilka Social Linków zostało zmienionych diametralnie na ścieżce FeMC, to taka Yukari jako koleżanka sprawdza się dla mnie o wiele lepiej niż jako potencjalny lachon do rwania (Yukari w ogóle jest o wiele strawniejsza w tej wersji, nie rozumiem zarzutów odnośnie do jej rzekomej wrednoty). Niektóre postacie niesamowicie zyskują dzięki nowej dynamice i choć wciąż tkwimy w świecie Persony, gdzie te biedne licealistki mogą wybierać tylko z chłopaków, którzy jeszcze nie zaczęli dojrzewać i takich, którzy dojrzeli za szybko i za bardzo, to fanserwis szkolnego życia w Gekkoukan High wszedł mi o wiele lepiej. Co wam będę ściemniać – kwiczałam jak przy najlepszych otomcach, gdy rwałam Shinijiro NAJLEPSZEGO CHŁOPAKA W TEJ SERII NIE ZAPRASZAM DO DYSKUSJI BO NIE MA O CZYM albo gdy THEO ZDEJMOWAŁ RĘKAWICZKI AND I WAS LIKE 


Albo jak przytulałam płaczącą Rio, która przegrała podwójnie, bo zakochała się W KENJIM (kocham cię, Rio, ale kurwa, shit taste confirmed tak bardzo), albo gdy szkliło mi się oko przy Social Linku Koromaru, albo gdy Junpei poszedł nastukać kolesiowi, który robił mi zdjęcia z przyczajki w szkole i kazał nie pytać o szczegóły, bo SPRAWA ZAŁATWIONA, albo kiedy walczyłyśmy o dobre imię Saori (TO jest dobry Social Link, o matko, Dying Young Man może się schować) albo jak Percy Weasley z samorządu powiedział, że NAJPIERW STANIE SIĘ GODNYM MNIE MĘŻCZYZNĄ A POTEM POPROSI O CHODZENIE!!!!! Jak nie mam zbyt dużo dobrego do powiedzenia o Social Linkach w Personie, tak naprawdę dobrze się przy nich bawiłam w Portable, właśnie przez prezentację oraz to, że grałam sobą, Ciarą McProtag (z tych McProtagów). Nawet te, które były ech, nie są takie, bo są słabe, tylko dlatego, że mnie nie jarały. Np. Kena jest uroczy do momentu, kiedy gra nie skręca w głupi motyw „jesteś o pięć lat starsza, a ja bym chciał być twoim chłopakiem” i OCZYWIŚCIE, że możesz iść ścieżką romansu, ponieważ Japan gonna Japan. Nie, nie w tym sensie, ale już nie mówmy o SL Kena, proszę. Ryoji tym razem naprawdę wpada jako Kaworu, tylko… A nie, w sumie nie ma tu nic więcej, on i tak umiera, tylko wcześniej wyznaje ci miłość i to ten flavour „okrutnego przeznaczenia”, który też mnie nie kręci. Zapytacie może, czy Akihiko zyskuje jakąś nową cechę charakteru w swoim zatrważającym zestawie „codziennie napierdalam proteiny i siłkę”? Azaliż nie, a jego jedynym sposobem na rozgrzanie nam serca jest opowiadanie o swojej zmarłej siostrze, co znamy już z głównej fabuły, tak że tego. Akihiko moim zdaniem to jeden z najgorszych reprezentantów archetypów szkolnego idola – gdyby te laski z mojej klasy skupiły się na czymś więcej niż tylko jego pięknej czerwonej kamizelce i pięknych szarych oczach, to je również uderzyłoby jak lewy sierpowy ich amanta, że jest on najnudniejszym facetem w całej obsadzie. I dlatego to Junpei dostaje subplot z Chidori, a nie on, bo nawet Junpei to cebula z więcej niż połową warstwy, JUST SAYIN’. Gra w ogóle cała jest niesamowicie przekonana o tym, że rzucisz się Akihiko do stóp, ponieważ całe uniwersum zgadza się, że jest on najseksowniejszą rzeczą od czasu wynalezienia seksu – Junpei w swoim SL na przykład pyta, czemu nie spróbuję go zaprosić na randkę JAK CAŁA RESZTA SZKOŁY, and I am like MY DUDE, gadałeś z nim chociaż chwilę? Ja też nie, bo zasnęłam w momencie, jak znowu zaczął pierdolić o boksie. I tak, odbieram to osobiście, bo nie lubię, jak gra ma z góry ustaloną Jedyną Słuszną Opcję™ i nie pozwala mi o tym zapomnieć, zwłaszcza w moim quasi-otome, więc wiecie, STRONG OPINIONS MUCH. Ale obiecuję, że już kończę. Dodam tylko, że na ścieżce FeMC też pojawia się scena prysznicowa w love hotelu (kolejna bardzo potrzebna i fantastyczna scena w Personie, tak jak wyrywanie lachonów na plaży) i jako że wzięłam do teamu Akihiko, to wydoiłam tę okazję i na każdego jego spalonego raka wybierałam najbardziej aseksualne i niezainteresowane opcje, jakie się dało. NIE ZE MNĄ TE NUMERY GRO, od lat nie wybieram posterów boyów na swoich ulubieńców, bo są nudni, moje jajniki nie płoną dla byle kogo! I właściwie to tyle, jeśli chodzi o te aspekty Portable, które podobały mi się bardziej niż w Reload. To wciąż ta sama historia i nie odebrałam jej gorzej po drugim przejściu (po prawdzie też trochę przewijałam z oczywistych powodów). Z drugiej strony mam przez to wrażenie, że zmiany w rimejku nie poprawiają zanadto np. takiej Stregi. Czy z dodanym contentem, czy bez, jest to ciągle fabularny odpad i worki z EXP-em. Jak wspomniałam w moich poprzednich postach o Personie, motyw dwóch stron tej samej monety wypada beznadziejnie w każdej części, którą przechodziłam i niezależnie, ile czasu antenowego scenarzyści na niego poświęcają, i tak wybrzmiewa się on bez przekonania. Dobrym pomysłem za to było dodanie Episode Linków chłopakom i widać, że niektóre fragmenty są mocno inspirowane właśnie ich Social Linkami ze ścieżki FeMC. Jest to nieodżałowana strata, że nie mamy pełnego drugiego route’a w Reload, ale przynajmniej Koromaru i reszta doczekali się więcej contentu. To szczątkowy recykling, fakt, aczkolwiek miło, że przynajmniej tyle udało się odratować. 


Co w P3P za to wypada gorzej? Tartarus, bez dwóch zdań. To, co w Reload było przyjemną odskocznią na dwadzieścia-trzydzieści minut, w Portable jest reliktem swoich czasów, którego niestety dziś nie potrafię zdzierżyć. Wspominałam już chyba kilka razy w innych tekstach, że jestem zmęczonym dorosłym i graczem rozpieszczonym przez znaczniki na mapie, dlatego lubię ulepszenia i nie wstydzę się (?) grać na najprostszym poziomie trudności, zwłaszcza jeśli gameplay jest bardziej wkurwiający niż rzeczywiście stanowiący wyzwanie. Piszę to, bo podejrzewam, że możemy mieć inny próg tego, co nam pasuje w grach retro/starszych; ba, system walki Persony może być dla was jednym z najlepszych w medium, kiedy mnie po prostu wkurwia na dłuższą metę. W każdym razie jestem wdzięczna za wszystkie usprawnienia QoL, które zastosowało Reload, bo dzięki nim byłam w stanie w większości przymknąć oko na to, że żywioły na ostatnich piętrach nie mają znaczenia, a cała twoja drużyna może posiedzieć z Fuuką na parterze, przynajmniej wesprą ją duchowo. Ujednolicenie budowy Tartarusa, większe korytarze ułatwiające wymanewrowanie między mobkami, z którymi już nie masz cierpliwości się tłuc, dorzucenie chestów z broniami zamówionymi przez Elizabeth, WYWALENIE NAJGŁUPSZYCH PRÓŚB ELIZABETH/THEO… Za to wszystko pięknie dziękuję, panie Atlus, udało się to panu w Reload. Dla porównania Portable to może nie katorga nie do przejścia, ale gdy myślałam o tym, że muszę wydropić medale ze złotych łapek, których złapanie zależy od bogów RNG, a które spawnują się raz na ruski rok, to zastanawiałam się, czy tym zagubionym ludziom w Tartarusie może tam nie jest lepiej i może nie trzeba ich ratować. A potem przypomniałam sobie, że ja też nie chcę tam być i jednak prosiłam Fuukę o zrobienie zbiórki z nosem spuszczonym na kwintę. Portable MA dwie mechaniki, które podobały mi się bardziej w tej wersji. Pierwszą z nich jest rozdzielanie się jak ekipa Scooby-Doo, aczkolwiek a) ja długi czas bałam się to robić, bo byle mobek może skopać ci tu dupsko, jeśli nie wylosujesz dobrego zestawu umiejętności pod słabości; b) w inaczej skonstruowanym Reload nie ma sensu wprowadzać czegoś takiego, skoro w pojedynkę możesz ogarnąć piętro w dwie minuty. Fakt faktem jednak uważam, że remake mógł sobie podarować zwiad, który wpadł w zamian za tę mechanikę, bo jest całkowicie zbędny. Drugą rzeczą, która podobała mi się bardziej, był synth oparty na łączeniu broni z Personami, aniżeli zbieraniu klejnotów. Tworzenie nowych potworów na najwyższych poziomach nie ma już specjalnie sensu, bo i tak celujesz tylko w konkretne umiejętności, które mają wszystkie najlepsze opcje, a że to gra jednego zaklęcia, to używasz tylko tego jednego Mesjasza czy tam Thanatosa spełniającego wszystkie twoje pragnienia. Dlatego odblokowywanie Person w ramach napędzania fabryki Infinity Sword +1 wydaje mi się fajniejszą motywacją podczas endgame. No i jest to o wiele przyjemniejsze i dostępniejsze niż farmienie rubinów przez trzy lata. 


I to chyba wszystko, nad czym chciałam się pochylić w ramach tego porównania. Czy warto było przechodzić tę samą grę dla samej FeMC? Jeszcze jak! Zmiana perspektywy pozwoliła mi zgrabniej przebić się przez głupie żarty Persony z podglądaniem i wyrywaniem lachonów na plaży, bo jest tego mniej i nie muszę się na ich widok uprzejmie uśmiechać i przytakiwać. Ba, jestem pod wrażeniem, że tylko kilka razy postacie zagajają, że przywódczynią jest dziewczyna i jak to tak, ale nawet to nigdy nie jest umoczone w rygorystycznym podziale na to, co wypada dziewczynkom, a co nie, i taki konflikt z Junpeiem właściwie wybrzmiewa się tak samo, jeśli nie cieplej, bo chłopak jeszcze przy okazji wymierza kopa toksycznej męskości swoim paradigm shift, co za wątek. Social Linki skupiają się na graniu ze mną do jednej bramki, więc mogę sobie pokwiczeć za bishami i zasugerować Akihiko, że jest frajerem bez życia, tyle wygrać. Moje główne bolączki związane są z tym, że Portable to po prostu star(sza) gra, która zgodnie z czasami, w których powstała, serwuje typowe zagrania, aby jak najdłużej zatrzymać cię przy ekranie i niekoniecznie w sposób produktywny. Na koniec dnia to jednak jest intymniejsza i „przytulniejsza” trójka – visual novelowa prezentacja osobiście funduje mi lepszą immersję, niż bieganie po tych samych lokacjach, żeby zamienić z kimś dosłownie dwa słowa. Powiem szczerze, że chociaż np. taka szkoła wygląda cudnie w Reload, wolę jednak plansze z hotspotami. To jest ten poziom retro, który bardziej do mnie przemawia… Nawet jeśli stary Tartarus zaraz rzuca się zagłuszyć cały przekaz swoją beznadziejnością.

Komentarze