I kolejny za nami, co? A to oznacza powrót do corocznej tradycji połowy internetu, czyli listy podsumowującej. Dzisiaj jednak zaskoczę was wszystkich i siebie najbardziej, bo ten post będzie trochę inny niż dotychczas i po raz pierwszy podsumuję coś więcej poza samymi grami. Przeważnie nie piszę o sprawach prywatnych na tym blogu, ponieważ a) nie takie jest jego przeznaczenie; b) w obliczu hulającej kultury metaforycznego obnażania się na social mediach, paradoksalnie mam jeszcze mniejszą ochotę na dzielenie się z nieznajomymi tym, co dzieje się u mnie. Nie uważam się też za wyjątkowo ciekawą osobę w sensie takim, że mało co mnie odróżnia od statystycznego Kowalskiego. Chodzę do pracy, płacę rachunki i czasami jeżdżę na wakacje jak każdy, a to nie są rzeczy warte referowania z taką pieczołowitością, jaką to robią niektóre osoby. Z drugiej strony mnie wybitnie nie obchodzą życia innych ludzi, więc może to tylko ja nie widzę w tym żadnej wartości. W takim razie jaką wartość będzie miał ten wpis, który będzie trochę o Ciarze z realu, a nie zwyczajowej Ciarze, nerdce z internetu? Katartyczny dla mnie i objaśniający dla was, ponieważ w zawoalowany sposób opowiem wam czy i jaki mam pomysł na tego bloga.
Trochę korci mnie, żeby rzucić frazesem i napisać, że „to był trudny rok”, ale szczerze powiedziawszy to mam takie wrażenie od trzech ostatnich lat i jednocześnie sądzę, że tak naprawdę jeszcze trudnego roku nie przeżyłam, biorąc pod uwagę całą paletę rzeczy, które mogłyby mnie spotkać poza takim szukaniem pracy czy podniesionym czynszem. Z trzeciej strony powoli uczę się i dociera do mnie, że to nie jest olimpiada pod tytułem „kto ma gorzej” i nawet z moimi problemami, z którymi jak zawsze zmierzę się z uśmiechem jak uczyła Lina Inverse, i po których rozwiązaniu życie będzie toczyło się dalej, mam prawo czuć się sfrustrowana, pokonana i zmęczona. Mam też prawo uciec, nie podjąć żadnej decyzji, nie mieć zdania i nie zadręczać się rzeczami, na które nie mam żadnego wpływu. Powoli, powoli pozwalam sobie być dla siebie milszą i czulszą, i przestaję próbować sprostać wymaganiom, które nawet nie wiem, czy istnieją. Z tego podejścia wynika jeszcze niższa niż dotychczas częstotliwość pojawiania się tekstów na blogu: recenzja Nova Hearts to był moment, gdy mocno czułam, że potrzebuję cofnąć się o parę kroków i pomyśleć nad tym, czego JA chcę. Poprzedził go okres wakacyjny, gdzie wydarzyły się Rzeczy™, które przyniosły mi największy dół emocjonalny, jaki zaliczyłam w życiu. Gniew, frustracja, bezsilność… Przeżyłam je wszystkie silniejsze i bardziej druzgoczące niż zawsze. Przemieliłam je i wyplułam, choć część z nich dalej się we mnie tli i pewnie nigdy się ich tak naprawdę nie pozbędę. Ale jednocześnie w tle działo się dobro: w postaci nowych osób w moim życiu, które rozumieją przez co przechodzę i są w stanie pomóc, choćby samym byciem obok. Dzięki im wszystkim i samej sobie ewoluowałam, i choć ciągle długa droga przede mną, to to, co już osiągnęłam i mam, jest cudowne i fantastyczne. Cieszę się, że mogę powiedzieć, że tak, to był trudny rok w pewnym momencie. Ale choć nie kończę go z fanfarami, przytupem i złotym medalem na szyi, to kończę go z nadzieją w oczach i płomykiem w sercu. Mogę. Potrafię. Poradzę sobie. I tyle starczy.
A teraz ad rem. W epoce Covida założyłam, że będę pisała recenzje grom indie i drugiego obiegu. Kiedy miałam mnóstwo czasu, chciałam, aby posłużyło mi to postanowienie za wprawkę do powrotu do pisania; chciałam też trochę oddać społeczności co jej, nawet jeśli mojego bloga mało kto czyta, a ja nie przejmuję się specjalnie promocją (abstrahując już od tego, że piszę tak rzadko, że nie ma czego promować). Uważałam to za szlachetny sentyment, pisać w polskiej blogosferze (albo w tym, co z niej pozostało) o grach wielce niszowych, zwłaszcza że nie czułam, aby miała coś ciekawego lub wartościowego do powiedzenia w kwestii gier AAA, skoro piszą o nich wszyscy i pewnie większość tych „wszystkich” jest bardziej wykwalifikowana niż ja. Po poznaniu największych hitów IGN i reszty już tak nie sądzę, lol, stąd mój zwyczajowy żart/przytyk o ludziach, dla których gry zaczęły się od Wiedźmina 3, a wcześniej nie było nic, graliśmy w klasy albo kółko i krzyżyk. W każdym razie do czego zmierzam – zmierzam mianowicie do tego, że nie lubię pisać recenzji. Myślę, że zakodowałam ten mesjanizm w kierunek, w którym chciałam poprowadzić tego bloga w ramach klepania się po plecach i jakiegoś dziwacznego poczucia winy, że skoro nie piszę o takich otome, to przyczyniam się do ich niszowości, nie wspieram community czy coś tam; widzicie, w którą stronę to zmierza. Więc odpowiedź na pytanie „co z tym blogiem” brzmi: odchodzę od recenzji. Moją ulubioną formą jest pierdolenie o Chopinie i skupianie się na jednym aspekcie gry, który mnie wkurwił/urzekł z autystycznym zacięciem, i takie teksty chcę pisać. Nie wiem, czy będę dalej w nich wszystkim podprogowo przypominać, że skończyłam polonistykę, ale już mnie to nie obchodzi. Co mnie obchodzi to to, że chciałabym wytrwać w swoich pomysłach – nadal chcę napisać o kobiecości w Infinity Nikki, chcę wrócić do The House of the Fata Morgana i pochylić się nad jego poetyką, chcę kiedyś przeanalizować każdy tom W.I.T.C.H., chcę zrobić retrospekcję pierwszego Słodkiego Flirtu… Chcę zrobić mnóstwo rzeczy, ale tkwię w pętli rzeczy, które „powinnam”, a już studia mnie nauczyły, że „powinnam” zabija we mnie chęć na cokolwiek w trybie iście rekordowym. Dlatego też albo Opowieści jako format znikną, albo właśnie zostaną i zdominują Dygresję. Znaczy, Opowieści powstały, bo TO właśnie chciałam pisać: moje wrażenia z gier niewrzucone w żadną ramę. Czas pokaże, czy będzie jeszcze sens używać tego rozróżnienia. I to chyba tyle, jeśli chodzi o wielkie (lol) plany. Spróbuję też pisać więcej, ale mniej, czyli czasem wrzucać coś szybkiego odnośnie do tego, co właśnie gram, choć tu może być różnie, bo zawsze istnieje niebezpieczeństwo, iż finał rozwali całą grę, a wraz z nią całą moją opinię, ale zobaczymy. Chcę też potaplać się więcej w śmieciowych formach jak Top Listy, bo kto mi zabroni. Więc no, taki jest plan i zobaczymy, jak wyjdzie.
Tyle tytułem przydługiego wstępu, przejdźmy do dania głównego! W tym roku okazało się, że ponownie zagrałam w większości gry dobre, więc trochę zacisnęłam pasa i wybrałam te, które do teraz pamiętam jako szczególnie „wow”. Podejrzewam, że napiszę jeszcze drugą część z grami „fajnymi, ale” i tegorocznymi paździerzami (mam bodajże dwa na liście i do tego recydywistów, więc możecie obstawiać i pewnie zgadniecie), ale na razie skupiamy się oczywiście na hiciorach. Tegoroczna lista jest wybitnie moja: wypełniają ją visual novele, romansówki i łamigłówki na wyciszenie, tu i ówdzie skropione okazjonalnym turowym eRPeGiem, tak więc jeżeli nie kręcą was indie yuri i inne całowanie chłopców, to niczym was tu nie skuszę, ale przynajmniej przybijemy sobie wszyscy piątkę nad Clair Obscur (przy którym pojawi się trochę spoilerów na temat zakończenia, choć nic konkretnego), no bo oczywiście, że jest na tej liście, lol. Tak czy inaczej, oto moja lista najlepszych gier, w które zagrałam w 2025 roku, jak zwykle chronologicznie.
Tyle tytułem przydługiego wstępu, przejdźmy do dania głównego! W tym roku okazało się, że ponownie zagrałam w większości gry dobre, więc trochę zacisnęłam pasa i wybrałam te, które do teraz pamiętam jako szczególnie „wow”. Podejrzewam, że napiszę jeszcze drugą część z grami „fajnymi, ale” i tegorocznymi paździerzami (mam bodajże dwa na liście i do tego recydywistów, więc możecie obstawiać i pewnie zgadniecie), ale na razie skupiamy się oczywiście na hiciorach. Tegoroczna lista jest wybitnie moja: wypełniają ją visual novele, romansówki i łamigłówki na wyciszenie, tu i ówdzie skropione okazjonalnym turowym eRPeGiem, tak więc jeżeli nie kręcą was indie yuri i inne całowanie chłopców, to niczym was tu nie skuszę, ale przynajmniej przybijemy sobie wszyscy piątkę nad Clair Obscur (przy którym pojawi się trochę spoilerów na temat zakończenia, choć nic konkretnego), no bo oczywiście, że jest na tej liście, lol. Tak czy inaczej, oto moja lista najlepszych gier, w które zagrałam w 2025 roku, jak zwykle chronologicznie.
1. Cage of Roses (Steam)
Ebihime pewnie gdzieś ma gotowy przepis z napisem „jak skłonić Ciarę do zakupu dnia pierwszego”, na co dowodem jest istnienie Cage of Roses. Jeśli komuś przychodzi na myśl Salome’s Kiss, nad którym rozpływałam się dwa czy trzy lata temu, to się nie dziwię, bo ten sam artysta odpowiada za oprawę graficzną tego tytułu. I to nie koniec podobieństw, ponieważ i tu mamy do czynienia z gotycką atmosferą, troszkę niepokojącym romansem (tutaj dynamikę sponsoruje Piękna i Bestia oraz Drakula) oraz główną bohaterką o gorącej potrzebie znalezienia jakiegoś celu w życiu. Wspaniała proza Ebi, piękne i progresywne kobiety, oraz klimat literatury okresu, cóż można chcieć więcej.
2. Romance Club: Code Blue, Soulless, Te Amo (Steam)
Umieszczenie RC na tej liście i do tego drugi raz z rzędu to także element mojej walki o większą swobodę. Jako że statek puryzmu odpłynął w momencie, gdy odpaliłam Infinity Nikki i zostałam z IN nawet po tragedii znanej jako patch 1.5, to czas przestać udawać, że a) jestem ponad granie w mobilki i gache; b) mobilki nie zasługują na to, żeby się tu pojawić. Dla przypomnienia napiszę, że Klub Romantyki to ten lepszy Słodki Flirt – like, milion razy lepszy – gdzie grasz bohaterkami, które nie obrażają twojej inteligencji, fabuły tak samo, a ubrania do odblokowania są w dużej mierze naprawdę ładne. Jest łyżka dziegciu w tej beczce miodu, ponieważ twórcy zaczynają odpływać trochę w stronę AI i podwyżek cen znikąd, ale pomijając te bolączki (które, mam nadzieję, wybije im z głowy gniew community), to wciąż romansówka na wysokim poziomie, której poszczególne – a nawet wszystkie, jak się uprzesz – części można przejść za darmo ze względu na bardzo często promocje. Nie każda historia w RC to hicior, bo czasami rozlezie się fabuła, czasem po prostu nie podpasują mi klimaty albo nie ma czego romansować, bo trafiła się pula marud i heter, ale kiedy RC się udaje – co zdarza się nader często – to z przytupem, za taki Słodki Flirt nic nie robiłam. W tym roku serce skradło mi Code Blue – Na Dobre i Na Złe z bohaterką na zakręcie i mnóstwem świetnych postaci, przezabawne Soulless o sukkubce próbującej odnaleźć się na Ziemi, które powolutku zmierza do końca oraz lekkie (no, poza finałem) letnie Te Amo, w którym jako wypalona pisarka szukamy inspiracji i naprawiamy (albo nie) nadwyrężoną relację z ojcem. Lubię obyczajówki, a z wiekiem lubię je coraz bardziej, więc historie (albo książki, jak nazywa je RC) w tych klimatach podobają mi się najbardziej, choć z wiadomych powodów apka skręca w tę stronę nieczęsto. Ale kiedy to robi, to klękajcie narody – Słodki Flirt za milion lat czegoś tego nie napisze, a wydawałoby ci się, że fabułki Klanu albo Na Wspólnej pędzą się same. No najwyraźniej niekoniecznie.
3. Love Curse: Find Your Soulmate (Steam)
Love Curse to yuri visual novelka, w której romansujemy praktycznie same opcje yandere i… I przestańcie się śmiać, okej?! No trudno, też lubię czasami trash, wydało się, sue me. Love Curse wystawia najbardziej toksyczne zachowania w bad endach, aczkolwiek każda panna na wydanie ma swoje za uszami, skrupulatnie telegrafowane mniej lub bardziej dobitnie podczas całej ścieżki. Ogólnie fabuła jest taka, jak zapowiada tytuł: w główną bohaterkę trafia chińska klątwa i albo dziewczyna odnajdzie miłość swego życia, albo wyciągnie kopyta. Podczas tej randki w ciemno, w której poza sercem ukochanej walczymy też o własne być albo nie być, towarzyszą nam dwa przyjazne (?) demony, monitorujące poziom naszej karmy. Pomimo braku pomysłu na bardziej oryginalny tytuł, sama fabuła jest ciekawa i zaskakująco nieźle rozwinięta. W międzyczasie dowiemy się, że bohaterka pochodzi z rodu kultywatorów (jaktosiętłumaczyomatko), więc pojawią się też poprzednie wcielenia, walki z demonami i nawet mirakuru romansu. Nie ukrywam, że zdecydowanie wolałam ścieżki, w których wątków magicznych nie było, aczkolwiek myślę, że w swoim gatunku Love Curse to warta uwagi propozycja, zwłaszcza że romansówki skupiające się w pełni na yandere to wody, które Zachód śmielej dopiero zaczyna odkrywać.
4. Clair Obscur: Expedition 33 (PS5)
No i dochodzimy do tytułu, którego umieszczenie na tej liście nikogo nie zaskoczyło. Przepiękny list miłosny do wszystkich anime, które my też oglądaliśmy za dzieciaka i też bardzo nam się podobały; do wszystkich gier, które żyją w naszych głowach do dziś; do wszystkich komiksów czytanych pod kołdrą do późnej nocy i ich odważnych pomysłów. Nie jestem raczej w stanie powiedzieć nic nowego o tej grze bez tęgich spoilerów, tak więc napiszę, że szanuję Sandfall Interactive za zakończenia. Moim zdaniem finał Maelle jest stricte bad endem (z czym nie zgadza się chyba większość internetu i już wiem, kto twierdził, że Homura did nothing wrong), ale cieszę się, że jest w tej grze, bo mamy o czym rozmawiać i występuje w zamian za fix ficka, który pewnie pojawiłby się w przeciętnej grze AAA. Nie wiem, czy zniosłabym tragedię w postaci słabego zakończenia bez jaj po tak mocnej historii i świetnym gameplayu. Znaczy, ciągle mam ból odwłoka przez Simona i moje zaprzepaszczone szanse na zdobycie w tej grze platyny (nie, nie levelowałam nuclear child, lubię Monoco, okej?!), ale z drugiej strony jego obecność też szanuję. Niech ci szaleńcy, którzy stworzyli te swoje pojebane buildy z miliardowymi obrażeniami mają coś od życia. Ode mnie dostają oklaski na stojąco. I moją platynę, I guess.
5. Rain and the Wolf (Steam)
Tegoroczny tytuł z cyklu “żeby życie miało smaczek”, czyli kolejna propozycja od Ebihime, tym razem yaoi. Rain, tutejsza wersja Czerwonego Kapturka, gubi się w lesie w poszukiwaniu ziół na lekarstwo dla chorego ojca. Odnajduje go kocia las… znaczy, wilczy chłopak, i zabiera do domu. W odróżnieniu od kinetycznego Cage of Roses – oraz sporej liczby nowelek autorstwa Ebi – Rain and the Wolf oferuje około pięciu zakończeń w zależności od podjętych wyborów. Najbardziej urzekły mnie tutaj kreacje tytułowych postaci. Protagoniści w grach Ebi to przeważnie wypyszczeni frajerzy o aparycji francuskich piesków, co może się podobać lub nie (ja mam na przykład problem z przejściem przez każdą jej grę z jej ulubionym shipem Yuel x Tavi, bo Yuel w kwestii lubienia to jest… wyzwanie), ale Rain jest odpowiednio inteligentny oraz wyjaśniony przez swoją tragiczną przeszłość, dzięki czemu da się mu spokojnie kibicować. Wielkiego złego wilka w tej historii gra Zero i z kolei w jego przypadku fantastycznie wygrana jest w tle tęsknota za ludzkim towarzystwem, a także przebijające przez wylewną osobowość szaleństwo i dzikość, które zaaplikowała mu likantropia. Gra jest też prześliczna (jak zawsze urzekające UI <3), tak więc jeśli odczuwacie po DRAMAtical Murder pustkę, bo żaden bish nie chce was zeżreć, to proszę bardzo. Yeah, I’ve seen some shit in my life.
6. Octopath Traveler I i II (Switch)
O Octopathach nie będę długo pisać, ponieważ poświęciłam im już mnóstwo czasu w odpowiednich Opowieściach, aczkolwiek usprawiedliwię się odnośnie do tego, czemu się tu pojawiły pomimo moich licznych zarzutów. Po pierwsze, spotkały mnie one w momencie, w którym ich potrzebowałam i choć oczywiście nie są to w moich oczach tytuły 10/10, to spędziłam przy nich fantastycznie czas. W takie RPG-i chciałabym grać częściej, i cieszę się, że ta seria istnieje, bo pod rękę z takim Triangle Strategy udowadnia, że stare nurty ciągle żywe, byle do przodu. Po drugie… Cóż, gram obecnie w Octopath Traveler 0, które w stosunku do protoplastek jawi się jako trzy kroki wstecz, i tak jakby trochę przeprosiłam się z jedynką i dwójką. O OT0 będzie tekst, bo absolutnie nie odmówię sobie katharsis, zwłaszcza po tym milionie godzin tych samych zwrotów akcji i recyklingu każdego RPG-a od Square ever, ale na razie jeszcze się pocieszmy tym, że OT1 i 2 są fajne, nie miałam racji, przepraszam bardzo, Castti best pony, a Cyrus najlepsza dupeczka, dziękuję za uwagę.
7. Is This Seat Taken? (Switch)
No to to była najszybciej kupiona gra po Nintendo Directcie ever w moim wykonaniu i była warta każdej złotówki. Najbardziej małostkowe figury geometryczne na świecie chcą usiąść w tramwaju albo na trybunach, ale jednej przeszkadza zapach (w restauracji), drugiej hałas (w dyskotece), a trzecia za cholerę nie usiądzie obok dziecka (… no dobra, to nawet rozumiem). Musisz więc odpowiednio lawirować i porozstawiać wszystkich po kątach tak, aby każdy był zadowolony. I to tyle, jeśli chodzi o gameplay, ale chociaż koncept jest prosty jak konstrukcja cepa, to niesie ze sobą dobrej zabawy za trzynastu i mi na ten przykład więcej nie potrzeba. Jeśli Poti Poti Studio rzuci kolejną częścią – albo piętnastoma – to pewnie kupię każdą.
8. Deltarune (Switch)
Chyba kilka razy wspominałam na tym blogu, że o ile szanuje koncept Undertale’a, to co mnie od niego odrzuca, to jego gameplay. Nigdy nie interesował mnie gatunek bullet hell i kiedy kwiatek wyłączył mi grę, a potem skopał tyłek w chorym finałowym starciu, stwierdziłam, że w sumie nie muszę koniecznie przejść tej gry, a jak mi się zachce, to inne ścieżki obejrzę na Jutjubie, wszak cały internet zdążył streścić dzieło Toby’ego Foxa milion razy. Sans w międzyczasie zdołał nawet wygrać plebiscyt na oficjalnego sexy mana Tumblra, naprawdę dużo się dzieje w tym uniwersum! Z tego powodu wzbraniałam się przed sięganiem po Deltarune, ale tutaj obejrzałam jeden filmik, tam drugi, okazało się, że teraz gra skręca bardziej w klimaty RPG iiiii złamałam się. I nie żałuję – bullet hell jest w tej części o wiele strawniejszy, fabuła trafia do mnie bardziej niż w Undertale’u (ej, nie, nie, zostańcie!), a rozgrywkę wypełnia multum świeżych i fantastycznych pomysłów. Nie mogę doczekać się następnych części~
9. Iwakura Aria (Switch)
Teraz będzie przerywnik z cyklu “stara baba drze ryja na chmury”: czemu, och czemu, za każdym razem, gdy Visual Novel News ogłasza nowe tłumaczenie, to musi to być jakieś moe, bishoujo, sex-sceny-tak-bardzo-potrzebne guano, a nie coś normalnego? No może dlatego, że jak wychodzi coś normalnego, czyt. takiego co podoba się MI, to robią temu przeważnie oficjalne tłumaczenie na premierę. And I’m perfectly okay with it! Aczkolwiek gdzie jest Ever Maiden, ogłosili tłumaczenie million lat temu i dalej nie ma, o co chodzi?! Gdzie jest moje moe, bishoujo, sex-sceny-tak-bardzo-potrzebne yuri guano!? Bez sensu. Anyway – Iwakura Aria! Iwakura Aria to teoretycznie yuri, ale nie do końca, bo o ile rzeczywiście więź pomiędzy głównymi bohaterkami odgrywa tu wielką rolę, o tyle stanowi wypadkową gotycko-horrorowego motywu przewodniego, czyli sekt i pochodnych. Nie mogę napisać więcej, bo odkrywanie kolejnych puzzli stanowi lwią część rozrywki w IA, aczkolwiek muszę też lojalnie uprzedzić, że gdzieś w tak około 2/3 fabuły i po piętnastym revealu, historia zaczyna trochę grać na czas, bo chciałaby jeszcze dołożyć do pieca, chociaż już dawno starczy, i tak kręcimy się w kółko. Jednakże nie przekreśla to całkowicie tego tytułu (inaczej bym go nie umieszczała na tej liście, prawda), ponieważ nawet jeśli główny wątek trochę się gubi, to przez cały czas niezmiennie pozostaje z nami przefantastyczny rozwój postaci. Ichiko jest świetną protagonistką, która jako sierota i dorastająca kobieta w Japonii lat 60-tych widziała wszystko w życiu dwa razy i ma dosyć. Czuć te wilki rezygnacji i nieśmiałej nadziei walczące w jej sercu, a wachlarz emocji, które przeżywa przez całą historię, wylewa się z ekranu i mnie samej zafundował niesamowite katharsis. Iwakura Aria znakomicie przedstawia female fear bez zbędnego fetyszyzowania, aż chciałoby się takich tytułów więcej.
10. Glass Masquerade 4: Constellations (Steam)
Układasz kawałki szkła, żeby stworzyć witraż. W tle plumka sobie wyciszający ambiencik. Wyłączasz mózg i układasz sobie. Wydali tę grę po raz czwarty i po raz czwarty jest dobra. Tak, mam wszystkie DLC do wszystkich części. Nie wiem, co tu jeszcze napisać, poza tym, że pewnie zobaczycie tę serię na tej liście za rok, za dwa i za piętnaście, jeśli wydadzą więcej części.
11. even if TEMPEST: Dawning Connections (Switch)
eiT: DC pojawiło się trochę na wyrost na tej liście, ponieważ zostało mi jeszcze pół ścieżki Zenna i cała wspólna do przejścia, ale e tam – nawet jeśli spieprzą fabułę (w co wątpię), to nie dadzą rady zatrzeć całej euforii, jaką poczułam przy ponownym spotkaniu mojej ulubionej bandy z Historici. Komitywa między Anastasią a chłopcami jest jak zwykle nie do zdarcia: eiT chyba najlepiej sprzedaje fakt, że te postacie mają jakieś życie poza byciem bishami do wyrwania, co przedkłada się na to, jak bardzo przeżywam ich perypetie i jak szczerze bawi mnie humor zaserwowany przez narrację. W dodatku Lucien w końcu dostaje rolę, która nie polega na pozostawaniu off-screen przez 70% czasu; poza tym kontynuuje dynamikę księcia chronionego przez swoją rycerkę i what can I say, I love that shit. Podoba mi się, że nikt tu specjalnie nie próbuje zmieniać Anastasii w niewinną leliję, a panowie wzdychają do niej tak samo, gdy wpada między wrogów jako pierwsza i nakurwia fragi. Sama Anastasia to jak zwykle „chce taka być, gdy dorosnę” tier, więc jak tu nie kochać tych głupków. W zeszłym roku Voltage wydało jeszcze The Red Bell Lament i neonową grę o mafii, które mam nadzieję, że trzymają poziom eiT, bo po przygodach mojej ulubionej rudej błyskawicy wyrobili sobie u mnie ogromny kredyt zaufania.
I to tyle, jeśli chodzi o tegoroczną listę hiciorów. Na co mam nadzieję w roku 2026? Na to samo w sumie – że uda mi się nadrobić backlog, co MOŻE się udać, ponieważ właściwie czekam tylko na Yakuzę 3 i Dark Ties. Z czego oczywiście na Dark Ties czekam bardziej, bo to będzie teoretycznie coś nowego. „Teoretycznie”, ponieważ widać, że połowę gameplayu przekopiowano z The Man Who Erased His Name, a jeśli czytaliście tłumaczenia eventów z RGGO, no to właściwie znacie większość fabuły tego GAYdena. Tak nawiasem to podoba mi się, jak trailery doją scenę, w której Kanda pyta Minego, czy ma kogoś – lol, oczywiście, że nie odpowiedzą jasno na to pytanie, widzieliście ten event weselny sprzed miesiąca? One does not nie wkurwia tak fandomu poprzez oficjalne obdarowanie postaci drugą połówką albo niekompatybilną orientacją. Przywitałabym to oczywiście z otwartymi ramionami – i może przywitam, biorąc pod uwagę co wszyscy obstawiają, że dodali w finałowym dialogu w Yakuzie 3 Kiwami po ostatnim bossie – ale szczerze wątpię, by RGG miało jaja, aby w to pójść i jak zawsze będziemy się kiwać z jeżem, może tak, może nie, lesbijska opcja dla Aloy tylko w DLC bis. Ale i tak czekam, bo Yakuza to Yakuza, zawsze spoko, nawet gdy im nie wychodzi. Podejrzewam też, że w którymś momencie ukradnę bratu jego Switcha i ogram nowe Fire Emblem, które CHYBA ma wyjść w 2026. Poza tym to chyba tylko wyłącznie shadowdropy i może coś, o czymś nie pamiętam. … A, nowy Tomb Raider chyba będzie w tym roku? No to pewnie sobie nie odmówię, choć to kolejny remake jedynki, ale chcę w którym kierunku z nim skręcą jako przystawka przed The Catalyst. Ze strefy indie z kolei w którymś momencie na pewno siądę do następnej części Coffee Talk i rzucę wszystko dla drugiego Symbianta, chyba że zaliczy obsuwę. I tyle? Z otome nie czekam właściwie na nic, tegoroczny rzut niczym mnie specjalnie nie intryguje, ale i tak mam tyle zaległych tytułów, że zanim doczłapię się do nowości, to wyjdzie Switch 3, lol. No to tyle ode mnie, do zobaczenia w następnym tekście, w którym będzie bardziej melancholijnie i zdecydowanie mniej cukierkowo dla niektórych tytułów. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, ya sexy beasts <3
Screeny do Is This Seat Taken?, Glass Masquerade 4 i Rain and the Wolf zajumałam ze Steama, bo zapomniałam zrobić własnych, bo oczywiście, że tak.










Yo! A już myślałem, że dopadła Cię jakaś blokada pisarska i nie widzisz sensu w swojej twórczości. W każdym razie dobrze wiedzieć, że wszystko zmierza we właściwym kierunku i tak trzymać!
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o wpisy na blogu, też kilka razy biłem się z myślami czy zrezygnować z nieco dziś archaicznej formy pisanych recenzji na rzecz czegoś bardziej zwięzłego i w luźniejszym stylu, ale z drugiej strony tak mi ten format recenzji wszedł w krew, że nie planuję jakiś tam rewolucyjnych zmian, ale i też nie wykluczam luźnych wpisów ze swoimi spostrzeżeniami czy też skupieniu się bardziej tylko na jednym wybranym aspekcie.
Z Twojej Top 2025 najbardziej do mnie trafia Iwakura Aria i ten tytuł planuję w przyszłości ograć, tym bardziej że Ciara approved ;) Martwi mnie tylko to zdanie o tym, że historia zaczyna trochę grać na czas, ale myślę, że jakoś to przeżyję. Podobny syndrom miałem ostatnio podczas finałowej sprawy w Ace Attorney Investigations: Miles Edgeworth. Końcówka koszmarnie mi się dłużyła, ale dobrze, że był Gumshoe i agent Shi-Long Lang — te zabawne dialogi z ich udziałem utrzymywały mnie w dobrym nastroju niemal przez całą grę.
Najlepszego w Nowym Roku, no i wytrwałości w realizacji planów zarówno tych blogowych, jak i życiowych!
Moim zdaniem recenzja jako forma nie jest zła, ale jest po prostu nie dla mnie. Wiedziałam już, że przy pisaniu ramy mnie nudzą i męczą, ale myślałam, że z reckami nie będzie tak źle, bo to krótkie. Po paru lat zmuszania się do wymyślania wstępów i jak opisać muzykę, na temat której nie potrafię de facto powiedzieć nic ciekawego poza "fajne plumka, ściągajcie na spotifaja", mam jednak dosyć.
UsuńTen segment grania na czas nie jest jakiś bardzo długi, ale rzeczywiście odczuwalny. Gra już rozłożyła wszystkie karty i mieli tę samą refleksję przez tę pół godziny dłużej, ale za to jak przywali sceną kluczową, to da się jej to wybaczyć. AAI powtarzałam w zeszłym roku po długiej przerwie i byłam pod wrażeniem, jak teraz dobrze weszły mi obie części, bo pamiętam, że strasznie mnie wymęczyły fabularnie za pierwszym razem. Ale tak, ostatnia sprawa w jedynce jest za długa; dodatkowo chyba niespecjalnie lubię motyw "no to teraz idziemy prowadzić to samo śledztwo w innym miejscu i liczyć, że coś tam znajdziemy". Żadnych odpowiedzi, reset progresu, a potem musisz sobie przypominać, co się działo godzinę wcześniej. Sprawy z dwójki z kucharskim duetem i muzeum też z tego powodu nie wspominam z rozrzewnieniem.
Dziękuję i nawzajem!