Gry "fajne, ale..." oraz te najgorsze, w które zagrałam w 2025 roku

Witam wszystkich bardzo serdecznie w drugiej części podsumowania, Smutek i Rozczarowanie: Edition. No dobra, nie do końca, bo przynajmniej przy grach z pierwszej kategorii bawiłam się nieźle pomimo tego, że chciałoby się lepiej/więcej/bardziej. Ale za to druga kategoria, mówię wam! Znaczy, powiem za chwilę, bo najpierw będzie trochę słodkości, a potem nadejdzie kolej rozpaczy. W każdym razie: w 2025 lubić bardziej chciałam głównie klasykę i nowe tytuły z moich ulubionych serii albo powiązane z innymi rzeczami, które lubię. Ta kategoria to troszkę otarcie łez, ale jednak wygrywa przy nich uradowany uśmiech, nawet jeśli z tekstu może tak nie wynikać. Jak zawsze polecam wszystkie za chwilę wymienione gry, tylko muszę trochę pomarudzić, bo się uduszę. No i chciałam móc je z czystym sumieniem wsadzić na poprzednią listę, ale nie mogę. Without further ado – oto lista gier, które podobały mi się, ale nie na tyle, by wygrać rok.

1. Medievil 2 (PS5, oryginalnie z PS1)

 
Wiecie co, ta kategoria to tak naprawdę „chciałabym trochę wam pomarudzić o grach, w które grałam w tym roku, ale zabrakło okazji, więc nadrabiam”, ponieważ lol, Medievil 2 jest naprawdę spoko i nie zasługuje na żadne nagrody pocieszenia. Jego jedyny problem – i to taki subiektywny – to fakt, że jedynka była po prostu lepsza w moim odczuciu. Pierwszy Medievil zachwycał świeżością i Burtonowskimi klimatami. Drugi z kolei odważnie wprowadza nas w klimaty industrialnego Londynu, co jest równie pomysłowe, ale nie trafia do mnie już tak dobrze. Wydaje mi się też, że dwójka ma trochę więcej etapów śmieciowych, polegających na „zabij x tego, znajdź y tamtego” i kręceniu się w kółko po mało intuicyjnej lokacji wielkiej jak Pałac Kultury. Bronie są dość nudne i trudne w obsłudze, a wrogowie zadają kosmiczne obrażenia, czyniąc z niektórych poziomów gigantyczny ból głowy, aniżeli mile spędzony wieczór. Mimo to i tak polecam Medievila 2, bo na koniec dnia to wciąż stary dobry Dan Fortesque, tylko w innej otoczce, a ja jestem lamusem, który nie potrafi rozwalić Simona.

2. Lost Records: Bloom & Rage (PS5)


Bloom & Rage zasłużyło na miejsce na tej liście za świetne ujęcie nastoletniego odkrywania swojej orientacji, fantastyczne bohaterki i letnią atmosferę lat 90-tych. Pierwszy raz poczułam, że gra DONTNOD rzeczywiście mnie rozumie i mówi do mnie, a nie jakiegoś dziwnego wytworu, który w mniemaniu ich scenarzystów jest zagubioną nastolatką. Ja co prawda nigdy nie cofałam czasu podczas procesu dojrzewania, ale za to wiedziałam, że stać mnie było na lepsze koleżanki niż beznadziejna Chloe. Nie, nigdy nie odpuszczę. W Lost Records na szczęście Chloe nie ma, za to są fajowskie dziewczyny, które co prawda popełniają błędy i to takie z kategorii „no chyba cię pojebało”, aczkolwiek jestem w stanie więcej przełknąć, kiedy miejscowa edgelordka stara się ograniczać destrukcję do siebie, a nie ciągnąć osoby, na których rzekomo jej zależy za sobą. Na koniec dnia jednak to wciąż gra DONTNOD, więc niektóre zwroty fabularne są dalej bez sensu i scenariusz czasem wymaga zbyt dużego zawieszenia niewiary od widza, dlatego nie mogę się z czystym sumieniem nad nią rozpłynąć. Ale wciąż liczę na sequel. … Czy to jest kolejna seria DONTNOD, której będę dawała ostatnią szansę po pierdyliard razy, choć na to nie zasługuje? Pffffff, MAYBE.

3. Like a Dragon:Pirate Yakuza in Hawaii (PS5)

“Ciaro, chciałaś po prostu wrzucić na jakąś listę Yakuzę, przyznaj się” – NIE, NIEPRAWDA. Napisałam o tej grze już cały akapit ten rok temu, po co miałabym to robić jeszcze raz! … Okej, trochę prawda, taki był mój plan. Łącznie z ponownym wyrzyganiem z siebie opinii, że Life is Strange: Double Exposure jest złe jak szatan (spoiler!). Anyway, należę trochę do ludzi, którzy obawiają się o przyszłość serii. Zagrać Majimą zawsze fajnie, ale czemu w zamian za grę o nim musimy dostać takie fabularne nie wiadomo co. Żeby nie było, niespecjalnie oczekuję po grze z funny eyepatch man głębokiej fabułki i lubię kontrolowaną głupotę – Bayonetta i Lollipop Chainsaw mi świadkiniami – ale Pirate Yakuza in Hawaii to nie jest to. Dość mocno czuć z tej części powiew „słuchajcie, wszyscy lubią naszą serię za Bakamitai i gościa w pampersie, wiecie, co to oznacza!” i ja też lubię Bakamitai oraz gościa w pampersie, ale może nie tak bardzo po oczach. Z drugiej strony Infinite Wealth nawet jeśli nie trafiło z fabułą, to całkiem dobrze operowało linią powaga-humor, więc może to tylko ta jedna gra. Na koniec dnia Pirate Yakuza wciąż może pochwalić się świetnym gameplayem i dał mi ten tytuł więcej w kwestii poszukiwania skarbów, niż taki Tomb Raider w ciągu ostatnich paru(nastu) lat, nie licząc remasterów oczywiście. To dobry odmóżdżacz, zwłaszcza jeżeli skończyliście ostatnio kolosalną Yakuzę 5 albo potrzebujecie odmiany po turowym IW. Nie ukrywam jednak, że wolałabym, aby RGG przysiadło fałdów, jeżeli chodzi o zwarty scenariusz, bo ostatnie dwie części mają ogromny problem z pacingiem, który można by z łatwością naprawić, gdyby tylko skupić się na historii, a nie odhaczaniu po kolei kolejnych minigierek, które koniecznie trzeba wepchnąć do gry.

4. Demonheart: The Cursed Trial (Steam)

Kolejny Demonheart i w sumie ten sam problem: to nie jest pierwsza część. Lamb z The Rolling Crown sama przyznaje, że niesamowicie trudno tworzyć kolejne odsłony tego uniwersum właśnie ze względu na to, jak genialna była protoplastka serii. The Cursed Trial oczywiście ma to wszystko, co znamy i kochamy: mroczny romans i niebezpieczne związki, do których dochodzi jeszcze kryminalna zagadka. Gra wyszła w early accessie i sądzę, że akurat w tym gatunku „po sznurku do kłębka” epizodyczny format zadziałał jak znalazł. Ja odpaliłam całość po ostatniej aktualizacji i chociaż historia potrafi wciągnąć, to jednak trochę na szybcika zmierzałam do finału, aby dowiedzieć się, kto zabił, więc ominęła mnie cała faza domysłów. Ale to już mój problem: jeżeli lubicie uniwersum Demonheart, to The Cursed Trial też jest warte ogrania, a jakże. Po prostu to kolejny raz, kiedy nie udało się ponownie złapać demona za rogi i jest tylko „dobrze”. 

5. Revue Starlight El Dorado (Switch)

Nie dziwi mnie, że Revue Starlight doczekało się gry, bo to od samego początku był projekt multimedialny (w sensie, że zrobili do niego wszystko, co się dało), ale zaskoczyło mnie, że Zachód nie musiał obejść się smakiem i mogliśmy zagrać w to cudo razem z Japończykami na premierę. Co prawda tutaj jest wysoki próg wejścia, ponieważ żeby ogarnąć co się dzieje i czemu akurat te postacie, należy obejrzeć całą serię ORAZ film, ale też powiedzmy sobie szczerze: osoby nieznające anime nie mają tu czego szukać. Za to fani, ohohohohoho, panie! I serial, i film oferują ograniczony czas antenowy dla postaci innych niż Karen i Hikari, a zaryzykuję stwierdzenie, że większość bohaterek jest o niebo ciekawsza niż one. Gra za to nadrabia tę zaległość z nawiązką: nie dość, że do głosu dopuszcza całą resztę 99-tej klasy Seisho, to jeszcze dobiera je w zaskakujące czasem pary, co pozwala na pokazanie dziewcząt w innej dynamice. Chcielibyście zobaczyć współpracę leniwej Kaoruko i Mayi aka #thegrindisreal? No to tutaj możecie. Większą rolę mają też Shion i Kiriko, które poznaliśmy bliżej w kinówce, a odpowiedzialne są za scenariusz i oprawę spektaklu, jeśli pamiętacie. El Dorado nie jest tylko czystej wody fanserwisem – to prawilna kontynuacja i ostatnie hurra Revue Starlight, więc fani serii powinni być usatysfakcjonowani. Gdzie gra poległa, moim zdaniem, to na konstrukcji. Mamy cztery ścieżki, ale połowa scenariusza każdej z nich to mielony na okrągło recykling tych samych scen, w zmienionej nieco tylko konfiguracji. Fabuła nowelki polega na wystawianiu tytułowego El Dorado – jednej z ulubionych sztuk naszych bohaterek i każda pali się boksie startowym, aby wygrać casting do głównej roli. Poszczególne route’y polegają na tym, że kto inny wciela się w protagonistów, a my potem śledzimy walkę z wewnętrznymi demonami danej pary podczas przygotowań. I ta część jest oczywiście oryginalna dla każdego zestawu; co się z kolei powtarza to samo El Dorado oraz dobra część eventów. Kiedy skupiamy się na rozmowach bohaterek, to growe Revue Starlight daje z siebie wszystko; gdy startuje przedstawienie, już po pierwszym razie ma się go serdecznie dosyć, ponieważ zajmuje pół ścieżki, jak nie więcej. Na samym końcu jeszcze otrzymujemy nagrodę w postaci dodatkowego trybu: możemy obsadzić poszczególne role jak nam się podoba i obejrzeć El Dorado po raz milionowy i lol, how about no. To jest dobra gra dla fanów, ale musicie naprawdę lubić te voice actorki, żeby przetrwać to cudo bez przewijania.

I to już koniec kategorii „fajnych, ale…”, tak więc teraz przechodzimy do stawki tych potworków, które efektywnie zakłóciły mi biorytm. Cóż rzec – tutaj namiary są znane, więc po raz kolejny potknęłam się o te same kłody, jednak cóż rzec x2, prosiłam się i wiedziałam, na co się piszę. Ta sekcja będzie krótka, bo mamy tylko trzy potworki do (ponownego) zjechania, tak więc zapnijcie pasy, here we go.

1. Life is Strange: Double Exposure (PS5)

Wiecie, gdzieś tam naiwnie wierzyłam, że może tym razem będzie inaczej. Że skoro Max idzie między ludzi i pozbywa się tej błękitnej kuli u nogi, to Life is Strange wreszcie wyciągnie głowę z tyłka i przestanie nam wmawiać, że najbardziej toksyczna relacja ever to najwspanialsze, co może cię w życiu spotkać. Albo że terapeuci nie istnieją, tylko cierpienie, a na szczęście trzeba sobie zasłużyć po uprzednim samobiczowaniu się przez lata i corocznym ruszaniem do Częstochowy na kolanach. Niestety LiS ponownie nie przechodzi pomyślnie testu na zdrowy rozsądek ani zresztą zdrowe cokolwiek i nie uwierzycie, ale to dopiero pół biedy. Cała bieda wchodzi, kiedy okazuje się, iż Double Exposure nie tylko nie zamierza dodać nic w kwestii rozwoju Max, ale jeszcze ma czelność zaserwować nam tę samą historię w nieco tylko zmienionym opakowaniu. Aż tutaj słyszę to poklepywanie się po plecach scenarzystów, którzy tak wdzięcznie, zręcznie i inteligentnie wprowadzili motyw lustrzanego odbicia, wchodzenia do tej samej rzeki, drugiej szansy jako motywu radzenia sobie z trau—kurwa, wracajcie na te zajęcia z twórczego pisania, chuja żeście napisali i dobrze o tym wiecie. LiS powróci, straszy tablica na zakończenie, a że fabuła skręciła w taką stronę, jaką skręciła, to wy już wiecie, że DONTNOD właśnie spełnia swoje marzenie i tworzy swoją mikrą odpowiedź na X-menów albo innego Marvela. Najgorsze jest to, że są takie rzeczy w tej grze, które mi się podobają i do połowy myślałam, że może się uda. Ale później weszła ta druga połowa, w której sens i konsekwencje zupełnie wyszły z czatu, i to w sumie niezwykłe, jak można pogubić fiszki do takiego fabularnego nothing-burgera. Zwłaszcza takiego przeżutego już… ile lat ma pierwszy LiS? Dziesięć? No to takiego przeżutego dziesięć lat temu. Czy to jest ten moment, gdy krzyczę w dzikim szale „a nie mówiłam”, bo wyszło na moje, że Max jest tak nudna, że nie da się o niej napisać niczego nowego?

2. Słodki Flirt Alternate Life: Kentin (przeglądarka)


W 2025 wreszcie udało mi się skończyć CAŁY Słodki Flirt z oryginalną obsadą… No, przynajmniej z tą jej częścią, której nie wywalono po drodze po tym, gdy zarząd rzucił monetą w kwestii czy bardziej opłaca mu się grać w społeczne bingo, czy wkurzyć trzy czwarte fandomu i zgadnijcie, co im wypadło. W każdym razie rozdział Kentina to ostatnia część AL i w sumie trudno stwierdzić, czy ktoś na niego czekał z wypiekami na twarzy. Na pewno nie czekali twórcy, bo choć całe Alternate Life to dwa całkiem spoko pierwsze rozdziały, a potem wymęczona reszta grająca na czas dla równie męczonego wówczas developmentu New Gen, tak przy ostatnim zagubionym amancie Beemoovu trudno mówić o jakiejkolwiek chęci na przeproszenie się z jednym z filarów oryginalnego panteonu kawalerów na wydanie. Co specjalnie nie dziwi, ponieważ Kentin zawsze był opcją w dużej mierze dla nikogo ze względu na niewpisywanie się w żadną konkretną archetypową niszę oraz do dziś lasujący mózg toksyczny romans scenarzystów z Realizmem™. Jego AL to jednak jeszcze bardziej desperacki niż zazwyczaj maraton koszmarnych pomysłów na temat tego, co Słodkiemu Flirtowi się wydaje, że mogą chcieć kobiety. Tak więc po wydostaniu się z wojska (nie, Kentin nie jest opcją sportową, to byłoby za proste) Ken decyduje się kupić vana i jeździ od miejsca do miejsca z dwoma dużymi psami pod pachą. Nie ma specjalnie zawodu ani wykształcenia, więc czepia się dorywczych zajęć, ale nie marudźcie, bo tu liczy się PRZYGODA! Spójrzcie i podziwiajcie, jaki z niego wolny duch, jakież on ma szerokie horyzonty! Well, chciałabym, żeby scenarzyści Beemoovu mieli podobne, może wtedy daliby radę mnie przekonać, że nie piszą tych odcinków na ciężkim kacu. I żeby nie było – ja wiem, że można tak żyć, ale uwierzcie mi, że jeśli w Słodkim Flircie coś mogłoby zostać przedstawione z sensem i logiką, to twórcy zawsze wybuchną gromkim śmiechem i zapytają, z czym się je tę logikę, dlatego Kentin oczywiście wypada na przegrywa bez przyszłości. Na jeszcze większą porażkę wypada w tym scenariuszu Sucrette, nasz awatar, który sam zrywa z Kenem, ponieważ jego miłość była dla niej zbyt uciążliwa (taaa, to ten typ związku), a potem na jego widok płacze, że wolałaby, aby do niej wrócił i znowu był na każde skinienie. I dlatego w finale decyduje się wyjechać z nim jakieś PÓŁ ROKU PRZED MAGISTERKĄ w podróż życia! No bo zda tę magisterkę podczas podróży! Wiedzieliście, że istnieje coś takiego jak indywidualna organizacja studiów? No Sukreta dowiedziała się dwa AL temu, bo autorzy nigdy nie byli na studiach i nie znają się na niczym, więc z głupoty bohaterów zawsze uczynią plot point. W każdym razie największym grzechem tego rozdziału jest to, że pokazuje idealnie podejście Beemoovu do swojego magnum opus i czemu mam się przejmować czymś, na co oni mają totalnie wyrąbane? AL Kentina jest jeszcze bardziej bez sensu i oparte na durnych konfliktach niż zawsze. Z samej serii wyziera wielki tumiwisizm, ponieważ totalnie nikogo ta postać nie obchodzi, a twórców to już najmniej, dlatego dostajemy scenariusz, który pewnie wszyscy w firmie przywitali gromkimi oklaskami i okrzykami „jakież to oryginalne, polać mu!”, podczas gdy community nie wiedziało, gdzie oczy podziać podczas przechodzenia. Sukreta w tej części jest jeszcze paskudniejsza niż zwykle, ponieważ wbija wszystkie punkty nawiedzonej eks z pasją, jakiej nie będzie wam dane zobaczyć na żadnym etapie tej gry, i jak zawsze zastanawia mnie, czemu tutejsi scenarzyści tak bardzo nienawidzą kobiet. Myślałam, że poczuję cokolwiek, gdy zobaczę ostatnie „Zakończ Odcinek”, ale kręcimy się z niemądrymi decyzjami Beemoovu tak długo, że na końcu tej wyboistej ścieżki spotkała mnie jedyna głęboka pustka. Może też dlatego, że aktywnie frustrację przeżywam gdzie indziej, and the suffering never ends…

3. Słodki Flirt New Gen (przeglądarka)

… Ponieważ jego kontynuację mamy w New Gen. Tak, drugi rok z rzędu, gdyż nowy rok przyniósł nowe problemy i prawie żadnej poprawy. I dlatego wsadziłam wyżej screena z Yakuzy, bo idealnie podsumowuje moje uczucia względem tego potworka. Beemoov próbuje trochę w damage control – żałosny VIP otrzymał kilka nowych opcji premium, w tym możliwość masowego wysyłania i odbierania waluty community, co jest totalnie lol, bo ileż ci to mówi o twórcach, jeśli podstawową funkcję QoL zamykają za paywallem. I… to chyba wszystko? Nie wspominam o usprawnieniach, które nie działają, choć Beemoov zarzeka się, że owszem, były patche, fixy, stażysta Maciek daje z siebie wszystko…! I wcale nieprawda. Fabuła wskoczyła na jeszcze głupsze tory. … Okej, skłamałam, przepraszam. Fabuły NIE MA – żadna nasza decyzja nie ma znaczenia, główna bohaterka dalej płynie z falą mega nudnych historii, a progres związku jak nie istniał, tak nie istnieje. Znaczy, to wam powie każda osoba, która przeczytała w życiu coś więcej niż nalepkę na keczupie, ponieważ według scenarzystów zaczęliśmy ze sobą chodzić, zerwaliśmy i znowu ze sobą chodzimy, ale to wszystko wydarzyło się w tej grze z taką werwą jak zawsze, więc możecie spać dalej, na Zachodzie bez zmian. Twórcy Słodkiego Flirtu powinni ruszyć z DONTNOD pod rękę na zajęcia pisarskie – nie mieści mi się to w głowie, jak można brać pieniądze za coś takiego. Psychologia postaci to jedno, ale New Gen wypierdziela się na ryj już na samej konstrukcji, gdzie podczas odcinków, na które wyrzucamy 3000 punktów staminy, nie dzieje się zupełnie NIC. Postacie nie ewoluują, związek nie ewoluuje, są wydarzenia i wydarzenia się kończą, zero progresu. Nawet Jason, złoty cielec serii, którego arc początkowo wykazywał jakieś zaangażowanie przy procesie tworzenia, teraz jest tak samo niedorzeczny i nudny jak cała reszta gry, no chyba że zawsze marzyłaś o romansowaniu Seby z blokowiska, to proszę bardzo. Ostatnio dodali mu nawet srogi gaslighting i mansplaining, jak prawdziwość, świetna opcja, 10/10. Cała otoczka gry też nie zachwyca. Z każdym sezonowym eventem – powtarzalnym i nudnym w pierony, bo każdy potencjalny wybranek serca dostaje ten sam scenariusz i minimum zmian – otrzymujemy coraz to nudniejsze i powtarzające się ubrania; zestawy z odcinków to też kreacje, nad którymi ktoś myślał pół minuty przed wrzuceniem epizodu na lajwa. Poza tym że płatne stroje dalej dominują grę (co jasno pokazuje priorytety firmy, cóż za zaskoczenie), ich rozbiegana jakość jasno sugeruje, iż o doborze tego, co będzie za pieniądze, a co wsadzimy do puli dostępnej dla wszystkich, zadecydował rzut monetą. Nie, żeby cokolwiek było warte wyciągania portfela – I mean, gram w Love Nikki i Infinity Nikki. Pierwszy lepszy zestaw odcinkowy wbija całą szafę w New Gen w ziemię. Mamy 2026 rok. Ogarnij się, Beemoov.

I tak doczłapaliśmy się do końca tegorocznego podsumowania. Chociaż odnoszę wrażenie, że o czym zapo—OCTOPATH TRAVELER 0!!!!!!!!!!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Oż ty, ciebie zjadę w osobnym tekście, nicponiu jeden! Tylko jeszcze jeden boss mi został, więc pewnie mam jakieś 50 godzin do końca, tak więc ślijcie życzenia i odmówcie za mnie różaniec, bo już nie mogę. Pozdrawiam was wszystkich (Beemoovu nie) i do zobaczenia w następnym poście o OCTOPATH TRAVELER 0, MOIM NEMEZIS.

Komentarze